29 stycznia 2015

Bransoletka

Wpadam tu dziś jak po ogień.
Mam tu taką jedną rzecz, którą zrobiłam jeszcze zeszłego lata i kompletnie o niej zapomniałam :) 


Dobrego dnia Wam życzę :)
i
przypominam o moim candy 



23 stycznia 2015

Konie.


Koń to zwierze, choć ta klasyfikacja do niego totalnie nie pasuje, pełne gracji, wdzięku i wrodzonej elegancji. Oczywiście i koń może wyglądać jak ostatnia chabeta i lepiej by się nie uśmiechał ale nie znacie na pewno osoby, która by odpowiedziała na Twoje słowa zobacz jakie ładne konie "wiesz, stary, ja nie lubię koni". Konie są ekstra. I cieszą się wzięciem nawet u mnie na blogu do tego stopnia, że muszę dodać w notce w pasku bocznym, że konie maluję tylko takie jakich jeszcze nie malowałam, bo malowanie po raz kolejny tego samego jest jak jedzenie piątego kawałka tortu: choćby najpyszniejszy na świecie zawsze zamuli. Wyprosiłam i dostałam zgodę na malowanie koni innych niż dotąd. Powstała prawdziwa para jak widać na zdjęciu pan i pani. Pan Andaluz i Pani 100% Arabica. Nawet moja córka uznała, że tak to właśnie wygląda, że to dziewczynka i chłopak. 
A szycie poduszek z troczkami opanowałam do perfekcji. 
Niedługo przykłusuje jeszcze jedno konisko. Przykłusuje bo jakoś do galopu mu nie śpieszno. Może w weekend przyjdzie czas by go wywlec ze stajni słoiczka z farbą pędzelkiem za uzdę. Może się nie będzie rzucał szalony.



A jak szykuję dla Was candy: co Wy na to? :)


15 stycznia 2015

Sposób na lego


 Znacie stopniowanie poziomów bólu? Są cztery:
- słaby
- średni
- silny
- i... klocek lego
Lego towarzyszy mi od najmłodszych lat dziecięcych i mimo iż właściwie brat był ich kolekcjonerem wybawiłam się nimi nie mało. Lego to zmora wszystkich babć pragnących zaszaleć na zakupach przed świętami czy urodzinami wnusia. Prawdopodobnie ta nazwa odbija się traumatycznym echem w zszarganej pamięci wszystkich babć, które pragnęły kupić dziecku zabawkę a na pytanie co byś chciał dostać słyszała po raz nasty czy enty "lego" . Teraz i my, rodzice, padliśmy ofiarą tej pochłaniającej maluchy i dzieci starsze, bestii lecz znajdujemy się w sytuacji znacznie gorszej od babć gdyż konieczność posprzątania chaotycznej przestrzeni placu budowy lego spada na nas. I nie pomaga zwijanie dywanu tworzącego tubę, z której to plastikową materię można beztrosko przesypać do pudełka ponieważ część klocków przeturlało się w trakcie dynamicznego aktu twórczego na podłogę pokrytą śliskimi panelami. I nie pomaga zgarnianie na kupę wszystkich elementów bo próby zbierania garściami w takich warunkach zawodzą a klocki rozpierzchają się przejmując energię kinetyczną zamaszystych, zdesperowanych rąk zbieracza. W takim momencie należy się uzbroić w cierpliwość i uruchomić w swych dłoniach umiejętności motoryki małej i klocuszek po klocuszku zbierać zawartość skrupulatnie kolekcjonowanych przez malca zestawów. Niektórzy desperacji próbują pomagać sobie szufelką i szczotką, niektórzy nawet zakupili komplet specjalnie z myślą iż dziecko samo będzie po sobie sprzątało bawiąc się jednocześnie w sprzątanie właśnie. Wszystko jednak na marne gdyż klocki nadal uciekają we wszystkich kierunkach, wpadając pod meble i wsuwając się pod dywan. Na szczęście z pomocą przybywa pierwiastek ludzkiego geniuszu i jak to mawiają "potrzeba matką wynalazku". Dobry mąż widząc utrudzoną codzienną zbieraniną żonę-matkę budowniczych lego, napotykając w necie inspiracje przesyła potajemnie link do grafiki. Informację odczytuję bezbłędnie: po co się męczyć. Worek zamieniający się w kocyk, powstał po dłuższym czasie oczekiwań a jego pojawienie się w domu rozpoczęło nową erę w domowych porządkach. Nie powstrzymuje jednak dynamiki budowy i zdarza się mimo wszystko, że coś ucieknie poza obręb wyznaczonej przestrzeni placu budowy.


Rozłożony ma 130cm średnicy, złożony analogicznie mniej i waży dobre 3-4kg. Uszyty z polaru, pod spodem tafta do złudzenia przypominająca worek na śmieci. Taka niefortunna decyzja acz nie raz straszyłam, że wyrzucę jak nie posprzątają tego same ;)



13 stycznia 2015

Cztery lata bloga

Cztery lata temu na urodziny zrobiłam sobie prezent. Założyłam bloga. Początkowo miały się na nim znajdować zdjęcia tego co robię z minimalnym opisem rzeczy bez uzewnętrzniania się. Ponieważ jednak blog to swego rodzaju pamiętnik powoli zaczęły na niego trafiać tematy bardziej osobiste i prywatne. Niedawno przed zaśnięciem przewertowałam kilka ostatnich miesięcy czytając niektóre posty jakby zapomnianych i ku mojemu zaskoczeniu zaciekawiły mnie samą. O niektórych pomyślałam nieskromnie "dobre to". Podobnie zdjęcia zamieszczane dobieram starannie, oczekując na najlepszy moment, wypatrując słońca przebijającego przez chmury choć zdarzały się momenty pracy w najgorszych warunkach. Na dziś zapowiadali słońce i doczekać się go nie mogę bo kilka rzeczy czeka na swoją sesję. 
Zwykle jednak nie mam najzwyczajniej czasu by zebrać myśli. Praca na pełen etat, rodzina, dom, obowiązki, przyjemności i zmęczenie. Wszystko to ustawia mi dzień co do minuty. Mimo to udaje mi się wygenerować chwilkę na dziergnięcie kilku oczek, przeszycie kilku szwów, wymyślanie, kreowanie i kombinowanie. Wczoraj uznałam, że to już uzależnienie a tworzenie jest czynnością bez której trudno byłoby mi żyć. Bezustannie myślę o tych wszystkich rzeczach jakie mogę zrobić i obrazach do namalowania. Cięgle wypatruję szyj do otulenia kominkami i uszu do okrycia ciepłą czapką jak również dziecięcych rączek do zajęcia miśkiem bądź innym stworem, nadgarstków do ozdobienia. Oglądanie tkanin, koralików i włóczek stało się manią (acz dziwi mnie, że nigdy nie dziergałam ani nie szyłam w snach) I powstrzymywać się muszę od kupowania materiałów by rodziny nie puścić z torbami i domu nie zawalić oczekującymi w kolejce pomysłami do realizacji. Staram się nie zaczynać nic nowego nim nie skończę tego co zaczęłam choć i tak już kilkanaście projektów powoli rośnie czekając na finał. Właściwie najbardziej powinnam (i jestem!) być wdzięczna Mężowi za cierpliwość do mnie i moich gratów. Nieraz z zawstydzeniem przyznaję się "kupiłam kilka tkanin", "zamówiłam sobie paczkę koralików", "500 metrów sznurka bawełnianego".
Kulę się w oczekiwaniu na odpowiedź czy oby nie przeginam lub czy może chociaż raz mogę poranną kawę wypić bez drutów czy szydełka w ręku, mimo to słyszę "dobrze: szalej, szalej". Mąż mnie wspiera w chwilach zwątpienia. Przy okazji ostatniego kryzysu przyznałam mu się, że chcę skasować blog. On odpowiedział, że to mój najgłupszy pomysł w życiu. I miał rację. 
Ach, i dziękowań może nie być końca bo i rodzina i przyjaciele i znajomi doceniają to co robię. No i Wy czytelniczki i czytelnicy. Każdy komentarz to dla mnie dodatkowa bateryjka, łyk dopaminy. Dziękuję Agafio, Agnieszko, Amanito, Ankho, Avreo, Basiu, Beatko, Caithlin, czarownico Gwinoic, Rozalio, Wam wszystkie Magdy, Dziergającej Sobie, Maryś, Gosiu, Tuome, Ann, Aniutko, Incognito, Karmelowej, Klaudynie, Maneruki, Iwonie oraz mojej drogiej Ebris :) 
Dziękuję Wam wszystkim!
 Tak więc oczekuję dziś słońca licząc na ten piękny prezent od Pani Zimy z okazji urodzin.


A ta panienka dziś leży w łóżeczku i choruje sobie.

Pozdrawiam!

7 stycznia 2015

Dzieje się


Właściwie to powinnam dostać lanie. Lanie za marnowanie czasu. Gdybym go nie marnowała nałogowo   już dawno wszystkie obiecane rzeczy byłyby zrobione. Wszystkie rysunki, sweterki, saszetki, piórniki czy też może bardziej drutniki, poduchy, przybory itp. Wszystko się robi. Serio. Tylko, że to jest jak ze ściąganiem z netu. Jak klikniesz dwadzieścia rzeczy po kolei będą się ściągać w nieskończoność. I tak jest właśnie z tymi wszystkimi rozpoczętymi rzeczami. Sweterek (mój pierwszy na drutach) mam zrobiony po pach, koralikowy naszyjnik w jednej czwartej, bransoletka nawleczona, drutnik w połowie, drugi w proszku, trzy poduchy w szyciu, i przewinięty kłębek malabrigo czeka na druty w odpowiednim rozmiarze, krokodyl Antka czeka na sklejenie, mnóstwo tkanin w zanadrzu ufff... i jeszcze tyle pomysłów w głowie.
Także czekajcie jeszcze chwilę. Bo dzieje się!
A te kolorowe plamy to dzieło Esterki. Antoś patrząc na jej obraz pyta: prawda, że takie plamy też mogą być obrazem?
Mogą. Odpowiadam. Taka abstrakcja. A Esterka odkryła, że żółty i czerwony robi ogień.

3 stycznia 2015

W nowym roku.



Nie chciałabym teraz siedzieć na czubku nawet najmniejszego drzewa. W ogóle nie chciałabym teraz przebywać poza domem. Na samą myśl o tym całe stado ciarek przebiega mi po plecach. Już dziś wiatr porządnie wytargał mi grzywę wabiąc na dwór promieniami słońca.
Mieszkamy pod samym dachem na czwartym piętrze. Tu wiatr gwiżdże nam w każdym kominie wentylacyjnym i każdej najmniejszej szczelinie w oknach. Śnieżynki będące, prócz choinki, jedyną świąteczną/ zimową dekoracją wirują pod lampą w przeciągu nieszczelności i prądów powietrza domowej wentylacji. Jedno jest pewne. Kominiarz nie ma tu nic do roboty.
Napawam się chwilą spokoju. Posylwestrowe pobojowisko już całkowicie niemal uprzątnięte. Nowy rok rozpoczęty, postanowienia ustalone. Co przyniesie zobaczymy a ma szanse na wiele jak również na nic szczególnego. Tymczasem w tej zimowej zawierusze wystrzeliwują niedobitki ostatnich fajerwerków. Jeszcze kilka sygnałów przypominając o tym, że grudzień się skończył.




I jeszcze na koniec taka oto podkówka. Powstała na specjalne życzenie i została wykonana, dostarczona w ostatniej chwili przed świętami. Szczerze to najładniejsza, najbardziej efektowna bransoletka koralikowa, jaką robiłam. Ach te świecidełka. Czego nie zrobią z kobiecą psychiką :)
Mnie się osobiście bardzo podoba więc liczę, że obdarowana też jest zadowolona.

Dobrego roku życzę wszystkim :)
Pa!