23 grudnia 2015

***


W tych specyficznych dniach, życzę Wam, by zapach pomarańczy nie był spowszedniały, twarze zgromadzone wokół wigilijnego stołu nigdy się nie znudziły, by życzenia składane przy łamaniu się opłatkiem było łatwo przyjąć i szczerze życzyć, by nikogo nie zabrakło, by samotność nikogo nie zmiażdżyła. Życzę Wam byście poczuli pierwotną, najprawdziwszą radość i szczęście! 
Wesołych Świąt!

*i byście się nie zderzali, przy całowaniu, kościami policzkowymi w niekontrolowany sposób ;)
Bądźcie zdrowi.
Niedługo wracam

30 lipca 2015

[*]

ktoś umarł
ktoś żyje
księżyc przewala się po niebie
pewne nici nawinięte
pewne zerwane
żałośnie wleczona kurtyna
klamka zapadnięta
i ciemna wnęka
ktoś umarł
ktoś żyje
ktoś pamięta

o.m.

21 maja 2015

Futrzaki i trzydzieścioro sześcioro dzieci czyli jak postradałam zmysły.



Cztery metry bieżące brązowych kłaczków powtykanych we włókna gęstej siatki włochatego polaru, porządna paka silikonowych sprężynek uwikłanych w gęstwinę puszystych chmurek, setki metrów nici, 72 łatki z filcu, 72 futrzastych uszek, 144 łapki i nóżki, 18 godzin ciągłej pracy przy maszynie, wieczory planowania, obliczania, wymyślania, kilkanaście tysięcy wkłuć igły, i najważniejsze 36 dziecięcych nosków wtulających się w futrzastych przyjaciół, 360 paluszków upychających  dzielnie silikonowe kulki i uśmiechy na okrągło. 
To był kawał dobrej roboty, liczne wyrzeczenia i poświęcenie ale warto było bo zajęcia w przedszkolu swoich dzieci można prowadzić tylko raz w życiu i udało się. 
Nie mam zdjęć bo moje ręce były wyjątkowo mocno zajęte w tym czasie ale został wyraźny ślad mojego/ naszego zajęcia: 36 zadowolonych dzieci a wśród nich moje kochane dwa zuchy bez których nie byłoby całego zamieszania. 
Jest jeszcze krótka, filmowa relacja :-))) Zapraszam.




18 maja 2015

Brak czasu a brak chęci.

O ile połączenie czasu i chęci stanowi wenę o tyle ja nie posiadam, żadnej z tych rzeczy. Wyjałowiły mnie małe futrzaki, o których mam nadzieję, niedługo będę mogła napisać. 
Posiadam nagły napływ chęci zwykle gdy absolutnie nie mogę się zająć tym co wymyśliłam a czas posiadam wtedy gdy zupełnie nic mi się nie chce. Kolejną wymówką jest problem z sesjami fotograficznymi. Albo nie ma pogody, albo nie ma chęci, albo nie ma czasu. 
Dziś natomiast siedzę w domu z obolałą Esterką. Boli ucho. Boli ucho na poważnie. I tak jak od marca minionego roku dzieci nie chorowały tak tej wiosny zaczynając od ospowego marca średnio co dwa tygodnie, któreś z dzieci choruje. Moja wizyta a Antonim u lekarza opisana w poprzednim poście skończyła się ponad trzydziestodziewięcio stopniową gorączką w majówkę. Zła diagnoza? Po antybiotyk poszłam już do innego lekarza więc nie czekałam dwóch godzin i szczęśliwie nie natknęłam się w poczekalni na nikogo niemiłego. A teraz przyszła kolej na Esterkę i jej zapalenie ucha... oglądamy bajki, czytamy książeczki i jemy naleśniki z bananami i bitą śmietaną. Dostałam od Estery wolne na kawkę przy komputerze więc piszę...
Dziś prezentuję kominokaptur z dzianiny. Niestety, kurtka do której mi pasował uległa degradacji...
Jak widać, zdjęcia zrobione dawno temu. 

Nie mam na nic czasu...




Nie mam głowy... 


27 kwietnia 2015

Frustraci, cwaniaki, chamy

Wyobraźcie sobie prostą sytuację, w której na pewno znaleźliście się nie raz.  Sytuację można opowiedzieć na co najmniej dziesięć sposobów, jak mniemam i jestem przekonana, że każdy z występujących w mającej dziś miejsce  scence rodzajowej, po powrocie do domu opowiedział ją używając któregoś z tytułowych epitetów.
Kim ja byłam w owej scence? Zapewne w ustach "bohaterów" każdym w wyżej wymienionych.
Zaciekawieni? No to zaczynamy. 
Akcja rozgrywa się w przychodni rejonowej, w poradni dzieci zdrowych. To pierwsza bryłka węgielka. Wybierając dziś numer jakieś (a niech stracę: przeliczę) trzydzieści dziewięć razy stałam się szczęśliwym figurantem listy przyjętych osób plasując się na 9 miejscu. Nastała godzina 16:20 zgodnie z zaleceniami pani z rejestracji byliśmy punktualnie o zaleconym czasie.
- Dzień dobry. Kto z państwa ma numer ósmy?
-Dopiero wszedł drugi!
Wyrywa mi się "o rany". Siadamy z dziećmi. To już czwarty węgielek. Niestety czasem jest tak, że nie ma z kim zostawić drugiego dziecka i trzeba ciągnąć ogonek.
Mija godzina. Wchodzi piąty numerek. W międzyczasie w poczekalni zaczyna zwiększać się liczba "tych co tylko zapytają" albo "po receptę".
Co mogą robić dzieci w wieku 5 i 6 lat gdy do wyboru mają rząd krzeseł, kilkanaście ulotek z bobasami i pół tuzina drzwi do liczenia  i muszą to znosić przez dwie godziny? Liczą, pytają, włażą na krzesła i złażą, dają mamie całuski, przytulają się, grzebią w torbie, biją się, ześlizgują się z krzeseł na plecach i na brzuchu, oglądają pokraczne "freski" z Puchatkiem, w ostateczności grzebią palcem w tapicerce krzeseł.
W końcu nadchodzi nasza pora. Po mnie numerek dziesiąty już przebiera nóżkami. Ósmy wychodzi. Zrywam się... i wciska się przed nas jedna z "tych co tylko zapytają" ale nie "tylko pyta" ale rozsiada się i czuje się już przyjęta. Przecież piętnaście minut temu sama przyznała mi się patrząc w oczy, że nie ma numerka. Morduję wzrokiem. Zero litości.
Zmieniam taktykę i koczuję tym razem pod drzwiami. Numer dziesiąty prosi o bezwzględność z mojej strony. Podchodzi kobieta "co tylko po receptę"
-Ja tylko po receptę.
Czując jeszcze rozgoryczenie po oszustwie pani "co tylko zapyta" odpowiadam z nadzieją na zrozumienie:
-Proszę pani. Ja czekam z dwójką dzieci dwie godziny. One już jajko znoszą.
Pani żachnęła się. Rzuciła tylko odwracając się na pięcie sarkastyczne "dziękuję za życzliwość".
To był dla mnie prawdziwy cios bo pierwszy raz tak zdecydowanie odmówiłam chęci pomocy. Ba! To był pierwszy raz w ogóle, kiedy wykazałam się asertywnością! Pierwszy raz gdy ktoś popatrzył na mnie z taką pogardą...
Gdy z gabinetu wyszła ta zamordowana moim wzrokiem lekarz zarządził przerwę. Kolejne minuty czekania. Kolejne węgielki do paleniska.
Na szczęście, lub nieszczęście wizyta zakończyła się stwierdzeniem uczulenia na pyłki.
Para zeszła, pożar w moim wnętrzu zagasł.
Kim jestem? W oczach "dziesiątki" frajerem, w oczach "tylko zapytam" frustratem, w oczach "pani po receptę" chamem, w moich oczach uczciwym obywatelem, matką dwójki dzieci pełnych energii z wybitnym niedoborem cierpliwości. Kim są osoby występujące w swoistym show, w którym ja rozdaje role?
Tak łatwo oceniać, szufladkować i wydawać opinie i werdykty podczas gdy prawda leży gdzieś obok w cieniu, pominięta i nie mająca racji bytu, zdeptana, zagłuszona i bezwładna.

8 kwietnia 2015

Lonely Tree

Nie wierzyłam. Nie wierzyłam w siebie w swoje możliwości, umiejętności, w determinację. Mówię do zimy zdążę. Dałam sobie pół roku czasu. Nie wiedziałam z czym się wiąże ta plątanina nitek układająca się w jedną, spójna, logiczną całość. Tego, że efekt będzie murowany to i owszem: domyślałam się.
Złapałam za druty nr5 23 marca na dziergsessionowym spotkaniu. Na żelazo narzuciłam malabrigo rios w kolorze 120 lotus. Na drugi dzień sprułam dwudziesto-centymetrowy trójkącik dzianiny i zaczęłam od nowa. I jak już zaczęłam tak już oderwać się nie mogłam. Skończyłam przed świętami. Blokowałam półtorej doby i w niedzielę paradowałam już w nowiutkiej osobiście dzierganej chuście. Ja. Sama. Całą. Oczywiście należą się ukłony Amanicie, która pomogła mi odczytać wzór z ravelry, bo ja przecież tylko prawe-lewe. Został mi kawałek drugiego motka i już rośnie czapka dla takiej jednej, małej dziewczynki.
No sami zobaczcie: moja pierwsza chusta :)

 

 

27 marca 2015

Ramy wdzięczności

W naszym kraju nie szanuje się rękodzieła. Liczy się więcej i taniej jak głoszą hasła reklamowe. Jesteśmy zalewani tonami plastikowego badziewia prosto z chin o mizernej jakości i tragicznym, często kiczowatym wyglądzie. Nie wspomnę już o sklepach "japan style"  serwujących chałę w mistrzowski sposób operując możliwościami programu Photoshop. No i wspomniałam. 
Ale jak mają szanować jeśli nie szanują siebie na wzajem. Nie szanują zwykłej codziennej pracy innych często w trudzie i w znoju . Ile kosztuje godzina dziergania? Ile kosztuje godzina głowienia się nad wykrojem sukienki? Ile kosztuje godzina zamiatania ulic a ile godzina kontroli kierowniczej?Chcieli by darmo i w pierwszej kolejności. Nie szanują bo nie mają pojęcia cóż ta praca znaczy. Gdyby prezes zarządu łaskawie wziął się za mop i na jeden dzień zamienił się z Panią Danusią na pewno by znienawidził tę pracę ale czy by uszanował pracę innych? Wątpię. To wynika z mentalności. Bo jeśli ktoś może ustąpić miejsca kobiecie w ciąży wytłumaczcie mi zachowanie tej pani w futrze, która z drugiego końca autobusu trzema zdrowymi susami dosiada zwolnionej miejscówki. Nie żebym miała coś przeciwko futrom ale ten model jakoś mi pasuje. Skąd to zgorzknienie tej trzeciej, która nie ustąpiła, i do swojej koleżanki na głos mówi "zrobiła se to niech se nosi". Może łatwo oceniam ale swoje też wiem. Nie szanuje się ludzi, nie szanuje się ich pracy. Nie zrozumieją póki sami nie uświadczą.
Byłam dwa razy w ciąży: ani razu nie ustąpił mi miejsca w autobusie, metrze, kolejce w przejściu żaden mężczyzna. Panowie: wstydźcie się. Ani razu nie ustąpiła mi żadna pani w czapce z nutrii. Ustępowały mi kobiety trochę starsze ode mnie, takie które świeżo urodziły albo dobrze pamiętają czasy toczenia się z brzuchem po mieście. Dlaczego? Dlatego, że one znają moją sytuację, rozumieją trud. "Po co łazi z brzuchem. Sie pcha do autobusu. W domu niech siedzie niech!" wykrzykuje ta z martwą nutrią na głowie. A że ta z brzuchem jedzie właśnie na ostatnią wizytę u lekarza przed porodem tego już nikt na głos nie powie. Nikt nie powie: ona już dziś będzie tulić swoje dzieciątko w ramionach. Nikt nie pomyśli, że to maleństwo za dwadzieścia lat będzie pracować na emeryturę tej czy tego, który przeklina przyszłą matkę, że za dużo miejsca zajmuje. Nikomu przez myśl nie przejdzie, że to może być ten człowiek, który poda ostatnią szklankę wody. Nie szanuje się ludzi, nie szanuje się ich pracy. Nie zrozumieją póki sami nie uświadczą.
Jeden szlachetny pijaczyna chwiejąc się ustępuje miejsca. Chwilę temu obrzucony pogardliwymi spojrzeniami wsiadł do autobusu. Albo inny typ o słusznej posturze, wyglądający na takiego spod ciemnej gwiazdy w zatłoczonym autobusie bierze w obroną drobną przyszłą matkę. Długimi ramionami odpycha się od ramy okna biorąc na plecy cały tłum pasażerów podczas gdy przed nim w powstałej przestrzeni między ramionami, nim i szybą wdzięczna stoi ona: młoda, drobna przestraszona przyszła mama.  Prawdopodobnie dzięki takim typom nasz świat jeszcze istnieje. 
Szanuję ludzi, szanuję matki z dziećmi i starców, szanuję ich pracę i historię.

Szanuję rękodzieło.
Dziś chciałam w ramach wdzięczności zamieścić parę fotografii rzeczy, które dostałam od kilku zdolnych dziewczyn: 

Chusta Gail od Kasi

Przepiśnik od Agafii

Mitenki od Amanity
Kucyk Pinki Pie od ebris

Kula na motek od Beaśki


Łapka i koszulka na jajko od Agnieszki


Bransoletka od Magdy


Omotana od Maryś

Komplet biżuterii od Nitki 
Mozaikowe lusterko od Magdy
Była jeszcze bransoletka od incognito, którą niestety zgubiłam. Taka ładna...


Niech ten post będzie moim skromnym hołdem Waszej pracy :)

24 marca 2015

O małym zamieszaniu i co z niego wynikło

Życie jest wielkim, żeliwnym kotłem w gotującą się zupą. Im smaczniejsza tym smakowitsze życie, tym bardziej ślinka cieknie na następujące wydarzenia. I zupa jak to z zupą, czasem trzeba zamieszać bo inaczej się przypali. 
Do kotła mojego życia wrzuciłam candy. To ta micha rzeczonej zupy, którą miałam się z Wami podzielić. I dzielę. Wyniki poniżej w rączkach mojego sześciolatka i to właśnie łycha z gara jego życia zamieszała w moim garze acz w sposób łagodny. Na pewno się nie przypalę ;) tymczasem życie Antka powolutku pyrka sobie na wolnym ogniu bąbelkując ospowymi ciekawostkami. I ciśnie mi się hasło reklamowe nieco sparafrazowane "nie drap się nie wystarczy". Ja tymczasem przebywam z pierworodnym w domu i kurujemy co się da. 


Dzieci najlepiej się rysuje gdy oglądają bajkę :)



Zwyciężczynię proszę o kontakt mailowy :))) Gratuluję :)))

20 marca 2015

Ostatnie chwile candy

Kto widział dzisiejsze zjawisko astronomiczne?
No. Zaćmienie, w prawdzie się szybko skończyło ale candy jeszcze trwa do jutra do północy. Gorąco zapraszam bo szczerze fascynują mnie Wasze pomysły i nie mogę się doczekać wyniku :)
Pozdrawiam Was słonecznie: bez ściemy :D




11 marca 2015

Koń andaluzyjski

Dziś znowu galopem bo czas goni.
Udało się już jakiś czas temu ujarzmić tą bestię pomału kreska po kresce,wyprowadzając ją za uzdę pędzelkiem ze stajni słoiczka z farbą, jak już kiedyś pisałam, wyprowadzam narowistego na polanę lnianej poduszki.
A koń jaki jest każdy widzi :)





Candy jeszcze trwa!

4 marca 2015

Zapachniało powiewem wiosny

Marzec serwuje nam w tym roku sporo rozrywek atmosferycznych. Rano odsłoniłam roletę z nie małym zaskoczeniem. Widok śniegu to nic szczególnego, jednak wczorajszy dzień żegnał nas pięknym, złocistym zachodem słońca. Właściwie od początku tego miesiąca wydarzyło się w pogodzie prawie wszystko: świeciło słońce, padał deszcz, sypał śnieg, deszcz ze śniegiem, grad, była burza, pewnie gdyby się dobrze rozejrzeć gdzieś znalazłaby się i tęcza. To wszystko przekonuje nas, że mamy marzec.
Moje odliczanie zaczęło się już na dobre i codziennie obserwuję kratki kalendarza: jeszcze 17 dni wg. Moich obliczeń. Już kwitną krokusy i przebiśniegi. Już nabrzmiewają liściowe pączki jeżąc omszałe łuski otulające blade zalążki  zieleni. Zapach wiosny odurza póki do rzeczywistości nie przywoła nas chłodny powiew wiatru z północy. Jest marzec. Nie ma na to rady. Ale wiosna tuż tuż- stroi pstrokate suknie :)
Dzisiaj w temacie późnowiosennym: dmuchawce osobiście malowane na lnianej poszewce. Obecnie własność Magdy. Obiekt wymianki z mojej strony. Do mnie przyleciała cudna ważka, którą niedługo się chętnie pochwalę.



Ps: Dziękuję za słowa wsparcia w poprzednim poście ;) Niemniej jednak dalej uważam, ze noszenie czegokolwiek na głowie prócz kaptura nie leży w mojej naturze. Z resztą: to czapka męża ;P

27 lutego 2015

Czapkom czapa!

Przyszła zima. Powstała czapka. Minęła zima. Minął rok. Przyszła następna zima. Czekała czapka ale zima jeszcze się nie skończyła. Zdążyłam w ostatniej chwili.
W kwestii czapek jestem antyfanem. Czapek nienawidzę. Zsuwają się na oczy, gryzą, przekręcają, niszczą misternie ułożoną przez poduszkę fryzurę, gubią się, nie pasują ale mimo to mają bardzo poważną zaletę: grzeją czaszkę a niektórym nawet pasują. Nie myślę tutaj o sobie. Nie, nie! Ja od widoku siebie w czapce bardziej nie lubię swojego widoku w czapce po nieprzespanej nocy. Ale zima ma to do siebie, że się czapki nosi więc tę czapkę znoszę.



Ach! Bym zapomniała. Candy trwa!




16 lutego 2015

Lampa


Co można napisać o lampie oprócz tego, że jest i świeci?
Gdyby ktoś zadał mi takie pytanie pewnie przez dłuższą chwilę myślałabym o temacie wydając monotonne "yyyyy" po czym zapytałabym co to właściwie za lampa.
No niestety nie magiczna choć nastrój po jej zapaleniu na pewno takim jest. Co więcej długa na pięć metrów jednocześnie ani wisząca, ani stojąca. Właściwie bardziej przypomina linę niż lampę a na końcu jest kokon w którym siedzi świetlik. No może trochę przypomina kobrę. Ale świeci? Świeci, świeci.  Znaczy się lampa. Taka z szarego sznurka. Kabel ma obrobiony szydełkiem szarym sznurkiem. Kiedyś ten sznurek był gwiazdą ale sprułam ją bo tak strasznie chciałam mieć tą lampę. Mąż mi zrobił, wiesz? Mąż szydełkiem? Nie no ja. Mąż mi kabelki połączył. Choć pokażę Ci. Wyszło fajnie.
Wyszło. Prawda? :)








5 lutego 2015

Męska rzecz

Już od zarania mojego bloga zastanawiam się nad męską stroną rękodzieła. Jest to sfe rabardzo uboga w wytwory bo o ile dla dzieci i mnie, kobiety, a nawet dla domu mam setki pomysłów o tyle zupełnie brakuje mi weny do wymyślania rzeczy dla mojego lubego. 
Na ostatnim dziergsession dostałam od Cathlin motek malabrigo w pięknym piaskowym kolorze. Wróciłam zadowolona do domu, spojrzałam na małżonka i od razu wiedziałam co powstanie z tej wełenki. Założenie było oczywiste już od pierwszej myśli: będę robić na drutach. Motek od blogowej koleżanki był dodatkową zachętą bo to strasznie sympatyczna włóczka.  I oto zaczęłam dziergać. Oczka prawe i lewe to nie problem ale jak na początek myślę może być. Powstała rzecz podobająca się mnie i mężowi a to najważniejsze. 
Dzisiejszy temat posta nie jest przypadkowy bo dziś jest szczególny dzień. Ten Pan, właściciel komina, brody i fajki ma dziś urodziny.
Wszystkiego najlepszego Mężu :*




3 lutego 2015

Historia pewnego Jegołosia


Pan Łoś trafił do nas przed wigilią już ponad sześć lat temu. Skrywał się w zgrzewce pepsi pomiędzy butelkami. Chwilę po tym urodził się Antoś. Antoś urósł. Urodziła się Estera. Antoś i Esterka rośli. Dzieci bawiły się w swoim pokoju. To było jakieś dwa lata temu. Normalny krajobraz zabawy. Rozrzucone klocki, domek dla lalek, autka, przytulanki, grzechotki a pośród nich, pomijana reklamowa maskotka pepsi sprzed paru lat. Zabawa Esterki przetaczała się ponad twórczym chaosem zabawy, Antoś budował wieżę z klocków aby ją zaraz zburzyć, gdy nagle jakby spotkali się "ach to Ty!". Łoś przypasował do dziecięcej rączki i pozostali przyjaciółmi. To jest właśnie ta zabawka, która była z nami w najróżniejszych miejscach: w Niemczech, nad jeziorami, nad morzem, na wsi w mieście, na plaży, na trawniku, w lesie. Przespała przygnieciona Esterki ciepłym brzuszkiem setki nocy, setki razy ginęła i była poszukiwana ze łzami, setki razy czekała aż Esterka zje obiad, myła razem z nią zęby a nawet ma swoją własną szczoteczkę. Kiedyś,  w czasach gdy Estera jeszcze nie wiedziała jaka jest różnica pomiędzy osłem a łosiem a wiedziała już, że takie zwierzęta istnieją był nazywany Łosiołem. Potem już był tylko Łoś. Łosiek. Tatą Łosia w większości zabaw jest Smok, którego uszyłam Antosiowi gdy Esterka miała jakieś trzy miesiące, mamą jest bocian z Atlasu.
To jest przyjaźń :)
Teraz Łoś doczekał się własnej garderoby w postaci sweterka na drutach ;) 


29 stycznia 2015

Bransoletka

Wpadam tu dziś jak po ogień.
Mam tu taką jedną rzecz, którą zrobiłam jeszcze zeszłego lata i kompletnie o niej zapomniałam :) 


Dobrego dnia Wam życzę :)
i
przypominam o moim candy 



23 stycznia 2015

Konie.


Koń to zwierze, choć ta klasyfikacja do niego totalnie nie pasuje, pełne gracji, wdzięku i wrodzonej elegancji. Oczywiście i koń może wyglądać jak ostatnia chabeta i lepiej by się nie uśmiechał ale nie znacie na pewno osoby, która by odpowiedziała na Twoje słowa zobacz jakie ładne konie "wiesz, stary, ja nie lubię koni". Konie są ekstra. I cieszą się wzięciem nawet u mnie na blogu do tego stopnia, że muszę dodać w notce w pasku bocznym, że konie maluję tylko takie jakich jeszcze nie malowałam, bo malowanie po raz kolejny tego samego jest jak jedzenie piątego kawałka tortu: choćby najpyszniejszy na świecie zawsze zamuli. Wyprosiłam i dostałam zgodę na malowanie koni innych niż dotąd. Powstała prawdziwa para jak widać na zdjęciu pan i pani. Pan Andaluz i Pani 100% Arabica. Nawet moja córka uznała, że tak to właśnie wygląda, że to dziewczynka i chłopak. 
A szycie poduszek z troczkami opanowałam do perfekcji. 
Niedługo przykłusuje jeszcze jedno konisko. Przykłusuje bo jakoś do galopu mu nie śpieszno. Może w weekend przyjdzie czas by go wywlec ze stajni słoiczka z farbą pędzelkiem za uzdę. Może się nie będzie rzucał szalony.



A jak szykuję dla Was candy: co Wy na to? :)


15 stycznia 2015

Sposób na lego


 Znacie stopniowanie poziomów bólu? Są cztery:
- słaby
- średni
- silny
- i... klocek lego
Lego towarzyszy mi od najmłodszych lat dziecięcych i mimo iż właściwie brat był ich kolekcjonerem wybawiłam się nimi nie mało. Lego to zmora wszystkich babć pragnących zaszaleć na zakupach przed świętami czy urodzinami wnusia. Prawdopodobnie ta nazwa odbija się traumatycznym echem w zszarganej pamięci wszystkich babć, które pragnęły kupić dziecku zabawkę a na pytanie co byś chciał dostać słyszała po raz nasty czy enty "lego" . Teraz i my, rodzice, padliśmy ofiarą tej pochłaniającej maluchy i dzieci starsze, bestii lecz znajdujemy się w sytuacji znacznie gorszej od babć gdyż konieczność posprzątania chaotycznej przestrzeni placu budowy lego spada na nas. I nie pomaga zwijanie dywanu tworzącego tubę, z której to plastikową materię można beztrosko przesypać do pudełka ponieważ część klocków przeturlało się w trakcie dynamicznego aktu twórczego na podłogę pokrytą śliskimi panelami. I nie pomaga zgarnianie na kupę wszystkich elementów bo próby zbierania garściami w takich warunkach zawodzą a klocki rozpierzchają się przejmując energię kinetyczną zamaszystych, zdesperowanych rąk zbieracza. W takim momencie należy się uzbroić w cierpliwość i uruchomić w swych dłoniach umiejętności motoryki małej i klocuszek po klocuszku zbierać zawartość skrupulatnie kolekcjonowanych przez malca zestawów. Niektórzy desperacji próbują pomagać sobie szufelką i szczotką, niektórzy nawet zakupili komplet specjalnie z myślą iż dziecko samo będzie po sobie sprzątało bawiąc się jednocześnie w sprzątanie właśnie. Wszystko jednak na marne gdyż klocki nadal uciekają we wszystkich kierunkach, wpadając pod meble i wsuwając się pod dywan. Na szczęście z pomocą przybywa pierwiastek ludzkiego geniuszu i jak to mawiają "potrzeba matką wynalazku". Dobry mąż widząc utrudzoną codzienną zbieraniną żonę-matkę budowniczych lego, napotykając w necie inspiracje przesyła potajemnie link do grafiki. Informację odczytuję bezbłędnie: po co się męczyć. Worek zamieniający się w kocyk, powstał po dłuższym czasie oczekiwań a jego pojawienie się w domu rozpoczęło nową erę w domowych porządkach. Nie powstrzymuje jednak dynamiki budowy i zdarza się mimo wszystko, że coś ucieknie poza obręb wyznaczonej przestrzeni placu budowy.


Rozłożony ma 130cm średnicy, złożony analogicznie mniej i waży dobre 3-4kg. Uszyty z polaru, pod spodem tafta do złudzenia przypominająca worek na śmieci. Taka niefortunna decyzja acz nie raz straszyłam, że wyrzucę jak nie posprzątają tego same ;)



13 stycznia 2015

Cztery lata bloga

Cztery lata temu na urodziny zrobiłam sobie prezent. Założyłam bloga. Początkowo miały się na nim znajdować zdjęcia tego co robię z minimalnym opisem rzeczy bez uzewnętrzniania się. Ponieważ jednak blog to swego rodzaju pamiętnik powoli zaczęły na niego trafiać tematy bardziej osobiste i prywatne. Niedawno przed zaśnięciem przewertowałam kilka ostatnich miesięcy czytając niektóre posty jakby zapomnianych i ku mojemu zaskoczeniu zaciekawiły mnie samą. O niektórych pomyślałam nieskromnie "dobre to". Podobnie zdjęcia zamieszczane dobieram starannie, oczekując na najlepszy moment, wypatrując słońca przebijającego przez chmury choć zdarzały się momenty pracy w najgorszych warunkach. Na dziś zapowiadali słońce i doczekać się go nie mogę bo kilka rzeczy czeka na swoją sesję. 
Zwykle jednak nie mam najzwyczajniej czasu by zebrać myśli. Praca na pełen etat, rodzina, dom, obowiązki, przyjemności i zmęczenie. Wszystko to ustawia mi dzień co do minuty. Mimo to udaje mi się wygenerować chwilkę na dziergnięcie kilku oczek, przeszycie kilku szwów, wymyślanie, kreowanie i kombinowanie. Wczoraj uznałam, że to już uzależnienie a tworzenie jest czynnością bez której trudno byłoby mi żyć. Bezustannie myślę o tych wszystkich rzeczach jakie mogę zrobić i obrazach do namalowania. Cięgle wypatruję szyj do otulenia kominkami i uszu do okrycia ciepłą czapką jak również dziecięcych rączek do zajęcia miśkiem bądź innym stworem, nadgarstków do ozdobienia. Oglądanie tkanin, koralików i włóczek stało się manią (acz dziwi mnie, że nigdy nie dziergałam ani nie szyłam w snach) I powstrzymywać się muszę od kupowania materiałów by rodziny nie puścić z torbami i domu nie zawalić oczekującymi w kolejce pomysłami do realizacji. Staram się nie zaczynać nic nowego nim nie skończę tego co zaczęłam choć i tak już kilkanaście projektów powoli rośnie czekając na finał. Właściwie najbardziej powinnam (i jestem!) być wdzięczna Mężowi za cierpliwość do mnie i moich gratów. Nieraz z zawstydzeniem przyznaję się "kupiłam kilka tkanin", "zamówiłam sobie paczkę koralików", "500 metrów sznurka bawełnianego".
Kulę się w oczekiwaniu na odpowiedź czy oby nie przeginam lub czy może chociaż raz mogę poranną kawę wypić bez drutów czy szydełka w ręku, mimo to słyszę "dobrze: szalej, szalej". Mąż mnie wspiera w chwilach zwątpienia. Przy okazji ostatniego kryzysu przyznałam mu się, że chcę skasować blog. On odpowiedział, że to mój najgłupszy pomysł w życiu. I miał rację. 
Ach, i dziękowań może nie być końca bo i rodzina i przyjaciele i znajomi doceniają to co robię. No i Wy czytelniczki i czytelnicy. Każdy komentarz to dla mnie dodatkowa bateryjka, łyk dopaminy. Dziękuję Agafio, Agnieszko, Amanito, Ankho, Avreo, Basiu, Beatko, Caithlin, czarownico Gwinoic, Rozalio, Wam wszystkie Magdy, Dziergającej Sobie, Maryś, Gosiu, Tuome, Ann, Aniutko, Incognito, Karmelowej, Klaudynie, Maneruki, Iwonie oraz mojej drogiej Ebris :) 
Dziękuję Wam wszystkim!
 Tak więc oczekuję dziś słońca licząc na ten piękny prezent od Pani Zimy z okazji urodzin.


A ta panienka dziś leży w łóżeczku i choruje sobie.

Pozdrawiam!

7 stycznia 2015

Dzieje się


Właściwie to powinnam dostać lanie. Lanie za marnowanie czasu. Gdybym go nie marnowała nałogowo   już dawno wszystkie obiecane rzeczy byłyby zrobione. Wszystkie rysunki, sweterki, saszetki, piórniki czy też może bardziej drutniki, poduchy, przybory itp. Wszystko się robi. Serio. Tylko, że to jest jak ze ściąganiem z netu. Jak klikniesz dwadzieścia rzeczy po kolei będą się ściągać w nieskończoność. I tak jest właśnie z tymi wszystkimi rozpoczętymi rzeczami. Sweterek (mój pierwszy na drutach) mam zrobiony po pach, koralikowy naszyjnik w jednej czwartej, bransoletka nawleczona, drutnik w połowie, drugi w proszku, trzy poduchy w szyciu, i przewinięty kłębek malabrigo czeka na druty w odpowiednim rozmiarze, krokodyl Antka czeka na sklejenie, mnóstwo tkanin w zanadrzu ufff... i jeszcze tyle pomysłów w głowie.
Także czekajcie jeszcze chwilę. Bo dzieje się!
A te kolorowe plamy to dzieło Esterki. Antoś patrząc na jej obraz pyta: prawda, że takie plamy też mogą być obrazem?
Mogą. Odpowiadam. Taka abstrakcja. A Esterka odkryła, że żółty i czerwony robi ogień.

3 stycznia 2015

W nowym roku.



Nie chciałabym teraz siedzieć na czubku nawet najmniejszego drzewa. W ogóle nie chciałabym teraz przebywać poza domem. Na samą myśl o tym całe stado ciarek przebiega mi po plecach. Już dziś wiatr porządnie wytargał mi grzywę wabiąc na dwór promieniami słońca.
Mieszkamy pod samym dachem na czwartym piętrze. Tu wiatr gwiżdże nam w każdym kominie wentylacyjnym i każdej najmniejszej szczelinie w oknach. Śnieżynki będące, prócz choinki, jedyną świąteczną/ zimową dekoracją wirują pod lampą w przeciągu nieszczelności i prądów powietrza domowej wentylacji. Jedno jest pewne. Kominiarz nie ma tu nic do roboty.
Napawam się chwilą spokoju. Posylwestrowe pobojowisko już całkowicie niemal uprzątnięte. Nowy rok rozpoczęty, postanowienia ustalone. Co przyniesie zobaczymy a ma szanse na wiele jak również na nic szczególnego. Tymczasem w tej zimowej zawierusze wystrzeliwują niedobitki ostatnich fajerwerków. Jeszcze kilka sygnałów przypominając o tym, że grudzień się skończył.




I jeszcze na koniec taka oto podkówka. Powstała na specjalne życzenie i została wykonana, dostarczona w ostatniej chwili przed świętami. Szczerze to najładniejsza, najbardziej efektowna bransoletka koralikowa, jaką robiłam. Ach te świecidełka. Czego nie zrobią z kobiecą psychiką :)
Mnie się osobiście bardzo podoba więc liczę, że obdarowana też jest zadowolona.

Dobrego roku życzę wszystkim :)
Pa!