30 grudnia 2014

A w kominie szuruburu...


Po chwilowym kryzysie priorytetów i zamiłowań stwierdzam, ze lubię mojego bloga i to co robię. Taki promyk słońca pomiędzy gradowymi chmurami codzienności. To nic, że mało popularny a nawet coraz mniej, że nie mam czasu i głowy do pisania, że nie mam kiedy szyć, dziergać, malować i inne przyjemności, że motywacja topnieje. Jest przecież grono mobilizujących osób, doceniających to co robię. Mąż, rodzina, znajomi i przyjaciele. Wielu spośród wymienionych poznałam właśnie dzięki blogowaniu i mam nadzieję wielu jeszcze poznam. Dzięki, że jesteście :)

A dziś, w ten słoneczny dzień, prezentuję komin choć więcej na zdjęciach mnie niż komina. I wzór jakoś schował się pomiędzy słupkami. Jeszcze przyjdzie pora i na niego.





Ach! Łapki to prezent od Amanity :) są cudne :)

22 grudnia 2014

Choinkowy fotokurs


- Nic nie napisałaś?!- dziwi się mąż. Pomyślałam.
- Nic. A powinnam? 
Ano powinnam. Już się poprawiam. Dziś wydaje mi się wyjątkowo pilną sprawą aby przelać te kilka słów na klawiaturę. Jestem winna wyjaśnień za swoją nieobecność i milczenie. A może to tyko moje wewnętrzne poczucie.
Przyznam się do czegoś. Ostatnio myślałam o zamknięciu bloga i darowaniu sobie ustawicznego zdenerwowania na myśl o tym ile rzeczy mam ochotę porobić akurat wtedy gdy nie mogę sobie pozwolić na przyjemności. Może jak przestanę marzyć zacznę normalnie żyć? Ale zaraz: czy w takim razie normalnie żyć to bezustanne sprzątanie w domu przeplatające się w etatem w pracy i kilkoma godzinami snu poprzetykanymi odbieraniem i zawożeniem dzieci do przedszkola i pracą z nimi w domu? A co z tym co przyjemne? Przecież w życiu piękne są tylko chwile choć to dość pesymistyczne stwierdzenie. Tymczasem marzenia na serio mnie dobijają. Nie mam czasu malować, nie mam czasu szyć, dziergać, biegać, ćwiczyć, grać czy brzdąkać na gitarze. Nawet do znajomych jakoś się zbyt często nie odzywam bo nie lubię tak w międzyczasie dzwonić. Ja muszę usiąść, nastroić się, mieć spokój i ciszę i przede wszystkim pewność, że ktoś nie będzie mi piszczał, chrumkał, iłał, walił, stukał, warczał i krzyczał (myślę tu o moich dzieciach stale generujących pełną gamę onomatopeiczną o mocno nabrzmiałej decybelami) Także nie robię ostatnio nic prócz denerwowania się. Wczoraj nawet uznałam, że moje nerwy się wypruły już całkiem i jak ja teraz będę żyć skoro mam zamiar jeszcze przeczłapać kilka ładnych dziesięcioleci? 
Staram się. Staram się nie narzekać ale czara goryczy już uwypukla swój menisk, może dlatego nie pisałam. A może z tego samego powodu co niedzwonienie do znajomych? Bo po prostu nie umiem w hałasie zebrać myśli. Czy mogę czuć się usprawiedliwiona?
Piszę dziś. Dziś jestem w domu sama. Mam urlop i słyszę własne myśli. Będę sprzątać, gotować, obszywać wigilijny obrus dla mamy, szukać prezentów dla dzieci, dostrajać choinkę bo jakoś się ozdóbki powykruszały dosłownie i w przenośni (obiecałam sobie, że w tym roku będę robić ozdoby własnoręcznie. Skończyło się, o zgrozo, na tym, że kilka sztuk szydełkowych śnieżynek wciąż czeka na krochmalenie) ale teraz siedzę, piję kawkę i piszę słysząc własne myśli. Spoglądam na choinkę tak bardzo podobnej do tej z zeszłego roku i uświadamiam sobie, że nie czuję klimatu świąt. Chyba w minutę przyzwyczaiłam się do obecności drzewka bożonarodzeniowego. Nic dziwnego skoro mnogość światełek, choinek, pajaców w czerwonych wdziankach podszywających się pod Świętego Mikołaja można obserwować już od pierwszej połowy listopada. I jeszcze pogoda rodem z nocy listopadowej. Obmyślam plan jak wyjść dziś z domu i uniknąć kropel deszczu. Może włączę sobie kolędy bo w tym roku nawet Enya przestała działać. Ale dobra miałam nie narzekać acz czy stwierdzanie faktu to narzekanie? Ja zawsze podkreślam grubą krechą, że nie więc tego się trzymajmy.
Ponieważ kawa się skończyła, czas nagli a ilość pracy pozostaje bez zmian powoli będę kończyć. Na zakończenie jednak chciałam podpowiedzieć jak zrobić sobie magiczne, pamiątkowe zdjęcie choinkowe. Kurs dla laików. Do jego wykonania potrzebne będą: choinka ze światełkami, dwa skrzaty w tym jeden w stroju aniołka, aparat z trybem manualnym i timerem lub wężykiem do wyzwalania spustu migawki oraz coś do swobodnego ustawienia aparatu (statyw, fotel, krzesło bądź stos książek)
Gasimy wszystkie światła pozostawiając jedynie zaświecone lampki choinkowe. Ustawiamy tryb manualny. Prosimy dzieci by usiadły przed choinka i ruszały się jak najmniej. Ustawiamy aparat tak by nie drgnął ani o minimetr. W menu wybieramy wartość ISO na najniższą z możliwych. U mnie było to 200. Przesłonę ustawiamy tak by jej wartość była dość niska (otwieramy przesłonę) U mnie to 4,5 jeśli dobrze pamiętam. Może być i 5 lub 5,5.  Takie warunki świetlne nie są korzystne dla "czasów" dających możliwość utrzymania aparatu w ręku. Po prostu będzie czarne lub pierońsko ciemne. Ustawiamy więc długi czas. Zwykle cyknięcie migawki trwa ułamek sekundy ale aby matryca naświetliła się w dostatecznym stopniu w takich warunkach musimy ją naświetlać dłużą chwilę w związku z tym proces powstawania fotografii będzie trwał do kilku sekund. U mnie wartość czasu do 2. W tym czasie aparat absolutnie nie może drgnąć gdyż zdjęcie będzie poruszone, dlatego ustawiamy timer lub używamy wyzwalacza. Aparat na pewno zauważy naciśnięci spustu migawki na korpusie więc nie próbujcie go oszukać ;) Zdjęcie będzie poruszone. Timer często oznaczony jest wskazówką na tarczy i opisany jako "Fn". Naciskamy Fn, łapiemy ostrość, dociskamy spust migawki czekamy aż zdjęcie się dokona i voila! Pokombinujcie. Lampa błyskowa nie będzie już więcej potrzebna do uwieczniania choinki :)

WESOŁYCH ŚWIĄT     *<:-D