13 lipca 2012

Mysz, lew i stara chata


Dziś przedstawię Wam kilka zaległości, które zrobiłam już dość dawno. Bynajmniej nie będzie chronologicznie lecz alfabetycznie ;-)

Na pierwszy ogień Lala. Lady Lala. O zgrozo przypomina moją nauczycielkę matematyki... sympatyczną nauczycielkę dodam :) Ile ma wzrostu? Nie wiem. Jakoś nie przyszło mi do głowy żeby ją pomierzyć. Lalę oczywiście ;) Ogólnie rzecz biorąc kombinuję. 



Lew. Oj, już dawno nie szyłam tych swoich zwierzów. Chyba bym powiedziała, że są takie "moje", "w moim stylu". Ale i one ewoluują.


 Wyjaśnię: mysz. Gdyby ktoś miał wątpliwości.


Pipi. To moja pierwsza aplikacja jaką zrobiłam na poszewce na jaśka. Wcześniej Esterka spała na podusi w poszewce, na której spałam jeszcze ja... uznałam, że jest już za stara i zbyt sprana i bezbarwna. Aplikacje są fajne.


Rękaw na torebki foliowe. Kolorowy i elegancki. Wisi sobie na klamce a dzieciaki traktuję go jako worek treningowy.



A teraz o wyjeździe do domu babci- mojego domu. Jutro znów tam wracamy. Tym razem dołączą do nas moi obydwaj bracia. Pracy jest... ufffff. Ogrom. W zeszłym tygodniu zaplanowałam sobie ostre sprzątanie domu skończyło się na czytaniu książki i odganianiu końskich much (no... zerwałam trochę darni z chodnika). Tego domu nikt nie sprzątał od lat. Pająków, pajęczyn, zdechłych robali tam jest tyle, że bałam się tam czegokolwiek dotknąć... Jeśli wejdzie tam ktoś jeszcze ze mną będę mogła przynajmniej mieć wsparcie psychiczne... W dodatku w kuchni jest wielka dziura w podłodze bo dechy spróchniały. Poza tym trzeba było wyłożyć pieniądze na wjazd na podwórko jako, że gmina planuje remont drogi i pogłębianie rowów melioracyjnych, co pochłonęło pieniądze na nasz wakacyjny wyjazd... żegnaj morze. A wjazd będzie w tym roku zrobiony: może. Bo miał być już zeszłej jesieni. Jutro trzeba zebrać trawę i skosić resztę podwórka. Fajnie by było, żeby udało się zerwać darnie z reszty chodnika i oczywiście ogarnąć dom. Będzie nas czwórka do pracy więc myślę, że coś tam popchniemy... może nawet pewnego razu tam zanocujemy... a w końcu zamieszkamy. 

6 lipca 2012

O tym co było, jest i będzie


Ostatnio nie wiele byłam w stanie napisać o tym co się u mnie dzieje bo nie działo się nic prócz normalnej prozy życia. Minął kolejny miesiąc znów jak z bicza strzelił ale tym razem łagodne wiatry losu przywiały dość zmienną pogodę. Ogólnie nazwałabym ją ładną. 

Zacznę może od moich planów jakie spisałam w liście na piczątku wiosny. Część rzecz jasna jest spełnionych a część dalej czeka na realizację. Niektóre zaś muszą poczekać dość długo...

Moje marzenia o studiach legły w gruzach. Była to jednak oczekiwana katastrofa. Nie smuciłam się zbyt długo bo wiadomo jak to jest z dostawaniem się na ASP w Warszawie... Mimo to jestem dość mocno zniechęcona i wątpię bym popełniła ten błąd poraz kolejny by próbować sięgnąć po nieosiągalne... Może jestem za słaba a może po prostu inni są lepsi?

Co do marudzenia... Wygląda na to, że Maruda to moje drugie imię i mimo, że staram się jak mogę nawet stwierdzanie faktu w moich ustach jest marudzeniem. Ale jak tu nie marudzić, kiedy patrząc realnie, życiowy optymizm wygląda na czarny humor? 

Ćwiczenia: w prawdzie nie spełniłam planu napisanego drobnymi literkami (jestem pewna, że część osób, która niedoczytała mojej listy prędko zajży tam ponownie ;P ) nie mniej jednak ćwiczę. Pojawiły mi się nawet mięśnie, których obecność była dla mnie zaskoczeniem. Jeżdżę rowerem, trzaskam brzuszki i pompki, macham rękami w dość kontrolowany sposób, kręcę hula-hop, które narobiło mi siniaków (ale to jest takie wciągające!) i zamiaruję skakać na skakance (oczywiśćie nie w takie upały). 

Co to jeszcze było? A! Dokończyć to co nie skończone... no w sumie ten punkt wyszedł mi najgorzej, pomijając katastrofę edukacyjną, ale pisząc go myślałam głównie o szydełkowych pracach, na które nie miałam ochoty dotykać w związku z zaistniałą aurą...

Przeczytać książkę: przeczytałam i kończę obecnie  następnej (wczoraj siedziałam do pierwszej bo nie mogłam się oderwać) oczywiście w mojej ulubionej tematyce fantasy. Kolejna część przygód królewny, właściwie już królowej Inosolan i jej przyjaciela Rapa. Pisałam kiedyś o tej książce/książkach przy okazji szydełkowej zakładki. 
Uff... ale się rozpisałam! Jak nigdy.

Od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że dopisuje mi szczęście ( i może nawet moje "niedostaniesię" było korzystniejsze?) Być może nawet urodziłam się w czepku (muszę zapytać mamy...) ale widocznie mi pewnego dnia uleciał bądź też musiałam uznać, że jest niemodny a z modą wiadomo jak jest- zawsze wraca. Tylko czekać kiedy będzie się chodziło w krynolinach ;)

Teraz więc nastąpi punkt, w którym będę się chwalić. A właściwie nie chwalić lecz dzielić radością.
Otóż stałam się szczęśliwą posiadaczką maszyny do szycia marki Łucznik! W dodatku jest to prezent jaki dostałam od dobrych ludzi!

DZIĘKUJĘ!!!

Dlatego teraz szyję na potęgę: testuję nowe ściegi, szyję rzeczy jakich dotąd nie szyłam a przy tym jestem tak spokojna. A ile jeszcze przede mną? Tysiące kilometrów nitek :)

Zgłaszam nieprzygotowanie! Niestety dziś będzie niestety bezzdjęciowo. Ale za To w niedzielę obiecuję co nieco wlepić. A jutro jadę do domu mojej babci- mojego domu. Biorę aparat  i nie zawaham się go użyć!

Poza tym pojawiła mi się perspektywa wspaniałej pracy dla tego trzymajcie kciuki w szczególności za mnie by mi się udało to co powinno ;) Ale narazie ciii....

Przyszło lato. Należało by opracować jakiś plan działań. Nie mam jeszcze pomysłów. Powiedzmy, że na początek zaplanowałam planowanie planów ;) Tymczasem mówię wam "do zobaczenia" i miejmy nadzieję niebawem. Houk!