29 grudnia 2012

Trufle z brandy

Składniki:
- 100g gorzkiej czekolady
- 200g mlecznej czekolady
- 100g masła
- 100ml śmietany kremówki
- mała torebka cukru waniliowego
- 50ml brandy lub koniaku
- kakao

Na małym ogniu zagotuj śmietanę z cukrem. Czekoladę posiekaj i dodaj do śmietany razem z masłem, roztop. Zdejmij z ognia i wymieszaj z brandy lub koniakiem. Ostudź i wstaw do lodówki na co najmniej 4 godziny. Schłodzoną masę zmiksuj. Łyżeczkami nabieraj porcje masy i obtocz w kakao szybko formując kulki. Przechowuj w chłodnym miejscu.

Kiedy robiłam moje trufle wątpiłam, że to się może udać... masa wydawała mi się zbyt rzadka. O dziwo po zmiksowaniu schłodzonej masy stał się cud i masa stężała po kilku minutach od miksowania. Śmiałam się też po co w przepisie, z którego korzystałam użyto słowa "szybko"... czekolada bardzo się rozpuszcza w dłoniach więc faktycznie radzę się śpieszyć. Nie pozwól masie się rozpuścić bo tylko napsujesz sobie nerwów ale gwarantuję: ten smak jest warty każdego poświęcenia... 
Ja użyłam wedlowskiej czekolady. Ważne jest aby zawierała większą część kakao w swoim składzie...

Wydaje mi się, że moje świąteczne trufle zrobiły furorę więc szczerze polecam! :) 

23 grudnia 2012

Podanie o...



Jest cicho. Choinka plonie.
Na szczycie cherubin fruwa.
Na oknach pelargonie
blask świeczek złotem zasnuwa,
a z kąta, z ust brata, płynie
kolęda na okarynie:
Lulajże Jezuniu...

K.I. Gałczyński "Podobno jest gdzieś ulica" fragment




Co roku na święta przypomina mi się ten właśnie fragment wiersza Gałczyńskiego i o dziwo zawsze napływają mi łzy do oczu jak go czytam w całości... 

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam i sobie by właśnie takimi były: Świętami Bożego Narodzenia.
Nie świętami śniętego Mikołaja czy karpia, nie świętami nokii, simensa, grzyba czy facebooka lecz świętami wśród żywych. Rodzinnych, Boskich...


Na święta jako, że wyruszamy do rodziny (więc się nie narobiłam), przygotowałam taki oto rarytasik: trufle z brandy... które pochłonęły sześć tabliczek czekolady dla pięćdziesięciu kulek... Wyjątkowo pyszne i wyjątkowo nie dla dzieci. Po trzech większych radzę nie wsiadać za kierownicę %) Pyszne, pyszne...chip!...pyszne...chip!...piszne %)





Andrzej Poniedzielski - Podanie o...





Pozdrawiam
o.m.

18 grudnia 2012

O kurach, krowie i żółtym kombajnie

Oto drugie wcielenie wieszaczka... 20%lepsze... będzie jeszcze leprze gdy zawiśnie na ścianie... a maksimum świetności osiągnie gdy zostanie zainstalowany w moim domu... własnym, który notabene  znów mi się dziś śnił...


Śniło mi się, że miałam wyprowadzić kury (przeszła mi we śnie myśl, że to raczej gęsi się pasało ale nie zamierzałam się sprzeczaś) i krowę na pastwisko.... Wszystko niestety wyglądało na stan ruderalny... obecny...Ś.p. dziadek ze ś.p.  babcią krzątali się po podwórku. Wzięłam gałązkę w rękę i zaczęłam zaganiać  kury żeby krowa ich nie podeptała. Nagle z dachu osypała się na biegnącą w moim kierunku krowę sterta patyków, piachu, węgla, trocin, mchu i tym podobne rzeczy a ta zapadła w niespodziewany letarg. Tak jak moja świnka morska zagrzebywała się w trociny i zapadała w swój przedziwny sen z otwartymi oczami. Na ten widok powiedziałam "o! siedzi sobie" i przeszłam obok.
 Wyszłam za stodołę a tam zaskoczył mnie widok ogromnego bajora... zaczynało się tuż za płotem i kończyło kilkadziesiąt metrów dalej... Na horyzoncie zaś żółty kombajn kosił pole... Widok nieprawdopodobny... męczący. A ja w moich cudownych kaloszach postanowiłam zbadać głębokość owego bajora. Na szczęście mąż, który z resztą stał tuż obok mnie w moim śnie, obudził mnie już na kawę...

13 grudnia 2012

Klimt to podstawa...

Jak ten czas leci... ledwo zaczął się grudzień a tu już połowa. Ani się obejrzał a tu już zaraz będą święta. W ten weekend szykuje mi się akcja "pieróg" i już się nie mogę doczekać bo w sumie lubię je robić o ile oczywiście nie zostaję z tym sama z dwójką dzieci, które zawsze jak mam ręce oblepione ciastem zaraz koniecznie siusiu muszą... I a propos tego lecącego czasu... wpadły mi dziś w ręce podstawki  dla mojej mamy, które od czerwca chyba czekają na dokończenie... A Klimt...mmm... moja "miłość" od podstawówki. Miałam jeszcze to szczęście oglądać "Pocałunek" na żywo we Wiedniu. Teraz, o ile dobrze się orientuję, dzieło znalazło nagle właściciela i już nikomu z nas, biednych żuczków, nie będzie dane widzieć go na własne oczy... Nie rozumiem. Ja gdybym się dowiedziała, że coś co wisi gdzieś w znanym muzeum, należy do mnie byłabym dumna jak paw i jeszcze dołożyłabym starań aby dzieło to mogło widzieć jeszcze więcej ludzi... Na prawdę nie rozumiem... 



Wierzę, że gdyby mój tata był bogatym szejkiem, odkupiłby go dla mnie bym mogła zwrócić dzieło do muzeum... ;)

7 grudnia 2012

Rękawiczki

Zima przyszła a tu nagle się okazało, że Antka rękawiczki się popruły... oczywiście je naprawię w swoim czasie ale że i tak były za duże postanowiłam zrobić chłopakowi rękawiczki, z których każde dziecko byłoby zadowolone. Jak byłam mniejsza ( bo utrzymuję, że ciągle jestem dzieckiem ;P ) prawdziwą udręką był przylepiający się do rękawiczek śnieg. Po jakimś czasie rękawice nie nadawały się do zabawy a łapy zamieniały się w śnieżne, grudkowate kule... Później odkryłam, że mechate rękawiczki wystarczyło zamienić na gładkie i już. Dlatego też polarowe Antkowe rękawiczki od spodu podszyte są skórą. Całość przybrała formę żab... mało zimowe zwierze ale co tam...  ;)


5 grudnia 2012

Młynek Kawowy

"Chciałbym z tobą zatańczyć, ale nie mam prawej nogi.
Chciałbym cię mocno przytulić, ale nie mam prawej dłoni.
Chciałbym popatrzeć na Ciebie, na Ciebie, ale nie mam także głowy.

Bo na imię mam Młynek, a nazwisko Kawowy.
Bo na imię mam Młynek, a nazwisko Kawowy..."

No nic innego nie przychodziło mi do głowy jak kleiłam go wczoraj... Cały czas niczym mantra : Bo na imię mam Młynek, a nazwisko Kawowy...A tak szczerze to chyba najsłodsza rzecz jaką kiedykolwiek zrobiłam... chyba już nie uda mi się powtórzyć tego wyczynu. Młynek teraz czeka na Mikołaja, żeby mi puszkę lakieru wetkną pod poduszkę... Jak i z resztą lusterko, stolik, wieszak... Ale to po kolei...
Tak a propos Mikołaja... bardziej się nie mogę doczekać niż moje dzieci... trochę są niegrzeczne ale nie mogę się doczekać ich radości kiedy znajdą pod poduchami prezenty, które już czekają ładnych kilka dni... a ja tylko liczę dni a nieświadome dzieciaki czekają na dzień, który trudno zawiesić w czasie. 
Antek codziennie pyta się: 
- Kiedy przyjedzie tatuś?
A ja przykładowo odpowiadam:
- Za dwie godziny...
- To dużo czy mało?
- Zdążysz się jeszcze porządnie pobawić- Odpowiadam.
Skoro już jestem przy wypowiedziach moich dzieci: Estera opowiedziała ostatnio bajkę. Ona ma ledwo ponad dwa lata więc doceńcie wyczyn. Oto bajka:
"Była sobie Pipi i otkała klólika i jeźićka I! (to było bardzo duże "I") kooonieeec." :) pozdrawiam





ps: Strasznie trudno się skręca taki młynek  z powrotem... To sport dla wytrzymałych. Mąż bił mi pokłony bo sam się pierwszy męczył ze 20 minut :* aż w końcu ja się zawzięłam... ;P 

26 listopada 2012

Humulus lupulus

Przedstawiam dziś pewną poduszkę. Właściwie poszewkę z malunkiem. Ponieważ jest to własność mojego małżonka szukałam motywu do namalowania, który byłby męskim. Pierwotnie miała być to gałązka dębu ale gdy przeglądając książki natrafiłam na chmiel, który wydał mi się bardzo męski... Mąż co prawda bardziej zasugerował żyto ale chmiel dzięki swym usypiającym właściwościom wydał mi się bardziej właściwy jako ozdoba poduszki... A z resztą sama jego łacińska nazwa brzmi już jak kołysanka...
Humulus lupulus
luz i blues
senny wóz...





Pozdrawiam :)

23 listopada 2012

23

Byłam dziś w urzędzie... w sumie trzech. Odebrałam już dowód. Załatwiłam kilka kolejnych spraw urzędowych a przede mną perspektywa kolejnych wizyt w urzędzie. Dzisiejszą datę w kwestionariuszach, podaniach itp. wpisywałam dziś dziesiątki razy więc doskonale wiem, że dziś 23... a za miesiąc już wigilia...
Ale z tymi reklamami i napisami na sklepach "wesołych świąt" to raczej przegięcie... Nim dojdzie do świąt to mi już one zbrzydną. Oby nie... Acz niemożliwością jest aby Boże Narodzenie zbrzydło. Ale jakoś wolę kiedy ten świąteczny dreszczyk dopada na chwilę przed tym dniem. Śmiejemy się, że niedługo słyszeć będziemy reklamy "Kup już teraz bo przecież święta już za 241 dni!" 

Dostałam ostatnio wyróżnienie od Aleksy z curiouscreativeness.blogspot.com i bardzo serdecznie dziękuję :)
Do wyróżnienia dołączone zostały pytania i z chęcią na nie odpowiem. 




1. Biżuteria złota, srebrna czy oryginalna?  
Nie przepadam za złotem więc raczej srebrna a najlepiej powstała w wyniku zamiłowania do rękodzieła więc najkrócej mówiąc: oryginalna srebrna ;)
2. Retro czy modern? 
W zależności od nastroju ;)
3. Buty na obcasach czy na płaskiej podeszwie? 
Na impreze na obcasie, do lasu na płaskim a najlepiej czuję się na boso ;)
4. Czy podoba Ci się język niemiecki? 
Najbardziej podoba mi się język polski. A niemieckiego z chęcią się nauczę a czy mi się podoba? Nie powiem, że nie.
5. Gotowanie czy jedzenie? 
Kurcze... jak to ma być znowu pomidorowa to gotowanie, jak pierogi to jedzenie a jak pizza to obie funkcje ;)
6. Wieczór czy poranek? 
Poranek z moim małżonkiem nie ma sobie równych chyba, że jest to wieczór z  moim małżonkiem ;)
7. Cierpliwość czy nerwowość? 
Ostatnio nerwowość...
8. Preferujesz telefon dotykowy czy nie? 
Wyrzuciłabym toto przez okno tyle, że nie lubię zaśmiecać środowiska...
9. Humanista czy ścisłowiec? Humanista przyrodnik ;) 
Ciekawi mnie fizyka i astronomia ale matmy nie cierpię... 
10. Muzyka słuchana głośno czy cicho? 
Z wyczuciem. Gdy jest zbyt cicha lub zbyt głośna nie można usłyszeć wszystkich dźwięków.
11. Wieczór ze znajomymi czy w cichym, przytulnym domu? 
W zależności od nastroju ;)

Zasadą było nominowanie jedenastu osób ale ponieważ zasady są po to by je łamać nominuję jedną osobę 
bo fascynuje mnie jakim jest człowiekiem i za poczucie humoru i za niepowtarzalne rzeczy, które robi. Wiecie ile Ebris ma zainteresowań? Szok!

A moje pytania to:
1. Globalnie czy lokalnie?
2. Ekstrawertyczka czy introwertyczka?
3. Rozum czy serce?
4. Góry czy morze?
5. Miasto czy wieś?
6. Czerwony czy niebieski?
7. Dzień czy noc?
8. Skąd takie Twoje pasje?
9. Co Cię motywuje do życia/działania?
10. Powtarzaj kilkanaście razy "sidelec"
11. Czym się je zupę? ;)

Pozdrawiam wszystkich!
ps. a 23 to moja ulubiona liczba ;)

22 listopada 2012

Serce

.... Cześć. No, jakoś tak ostatnio w mojej głowie trudno wskrzesić jakąkolwiek myśl inną od "sprzątanie, robienie, zmęczenie". Wszystko w bezokolicznikach i beznadziei... Nie, nie! Bynajmniej nie mam zamiaru narzekać. Acz mogłabym. W końcu narzekanie to któreśtam moje imię. Wolałabym raczej wspomnieć o mojej tęsknocie. Przecież tęsknota to nic złego... Nie, nie tęsknię za latem. Tak na prawdę nawet go nie lubię... Tak! Nie lubię lata. Nie lubię oddychać zupą. Zawsze jestem przynajmniej dwa odcienie bledsza od najbledszych... Nie, nie jestem chora. Po prostu taki typ urody. Północny. Imię też mam północne. Nie, Olga to nie jest ruskie imię. Norweskie. Tak. Północne imię, północna karnacja, północne myślenie. No nie mogę spać po nocach... O czym myślę? O niczym nie myślę. Jak mam myśleć skoro nie mogę... No nie mogę bo "sprzątanie..." No nie! W nocy nie sprzątam. Acz zastanawiam się czy takie bezczynne leżenie w łóżku to nie strata czasu. Tyle mogłabym zrobić w tym czasie... Tak. Wiem, że trzeba spać ale jak się nie da to jak?... Biorę... tak biorę, melisę piję... Trzy razy dziennie... A guzik to daje. I tak oddychać nie mogę... Może jutro mi przejdzie... Tak jutro jadę po dowód... Gotowy do odbioru... Jasne, że się cieszę. Wreszcie jestem u siebie. Przynajmniej administracyjnie. A wiesz, że jestem najmłodszym mieszkańcem zameldowanym? Chyba?... No tak! Średnia wieku dobija siedemdziesiątki... Jak to co ja tam będę robić?! Żyć! To jedyne miejsce na świecie gdzie się da... No żyję ale co to za życie... To nie jest narzekanie: to stwierdzenie faktu... Na spacer? Nie chce mi się. Nie lubię spacerować w taką pogodę... Tak. Świeciło przez chwilę. Wykorzystałam je na cyknięcie fotki... Pewnie, że pokażę. Jedziemy dziś do CSW. I mam nadzieję, że mnie nie dobije ostatecznie bo ci artyści to po... Nie przeklinam. Chciałam powiedzieć "pogmatwani ludzie". Zrysowani... No nie wiem co tam będzie. Może i rysunki... Tak. Dobra. Kończę bo mi się woda gotuje... Nie, nie na kawę. Na melisę.... No, no, no... No, cześć, pa.........

A teraz w ... wstawcie wypowiedzi współrozmówcy. Jak w rozmowie telefonicznej... Nie no. Dobrze się czuję ;) zrobiłam serce obszydełkowane i wiecie co. Uwielbiam len ;) Pa!



9 października 2012



Chyba dorastam bo kupiłam sobie buty na obcasie ;) oczywiście mam tam jakieś "na-specjalną-okazję" a teraz mam takie "na-co-dzień". Jeszcze pięć lat temu parsknęłabym śmiechem na wieść, że będę mieć buty na obcasie choć jakoś czułam tak przez skórę, że tak się stanie. Na szczęście nie zmieniłam się na tyle by nie myśleć o wejściu na drzewo czy wytarzaniu się w liściach albo leżeniu na śniegu. W grę również wchodzi grzebanie rękami w ziemi,mizianie trawy  czy łażenie po kałużach. A odkąd mam kalosze legalnie chodzę z dzieciakami :) Ogólnie walczę z przemijaniem zachowując w sobie porządne okruchy dziecka. A tak na prawdę ciąglę marzę o lataniu lub o tym by zmniejszyć się do rozmiaru Calineczki bądź też o tym innym świecie gdzie zwierzęta i rośliny mówią i nic nie ma logicznego wytłumaczenia bo ileż można myśleć o tym czy nam starczy do pierwszego...
A ostatnio marzę o tym jak szybko bym biegła gdybym tylko znalazła się w lesie. Tak bardzo mi brakuje lasu. Odkąd mieszkam pod Warszawą prócz tuj, których niecierpię oglądam jedynie pola kapusty i skrawki zaniedbanych trawników między jezdnią a chodnikiem.

A las? Las to jest coś! W liceum jak miałam doła chodziłam w swoje ulubione miejsce w lesie...
Pare lat wcześniej z bratem zbudowałam tam szałas. Była praktycznie niewidoczny bo jego głównym elementem była gałąź, która rosła bardzo nisko. Przygieliśmy ją do ziemi i pozatykaliśmy przestrzenie między gałązkami czym się dało. Zimą sarny wyjadały co lepsze więc z biegiem czasu daliśmy sobie spokój i pozostały same patyki i liście, które wyrastały niestrudzenie każdej wiosny na nowo maskując naszą misterną konstrukcję. Później brat przestał się interesować moim towarzystwem więc chodziłam już sama. Miejsce było wymarzone. Od leśnego traktu było to zaledwie kilkadziesiąt metrów. Odbijało się w prawo za strumykiem w taką prawie niewidoczną dróżkę, która wiodła do nikąd (dalej były bagna). Później pojawiła się tam ambona ale to już było później... Gdy już się szło tą niewidoczną dróżką teren pochylał się. Po prawej strumień płyną nieco niżej a do szałasu jeszcze trzeba było odbić w lewo, pod górkę aż w zasięgu wzroku pojawiały się jodełki. Szło się tu łatwo bo z jakiegoś powodu rosły w tym miejscu prawie same buki. Uwielbiam buki. Najbardziej zaraz po dębach i grabach. Buki nie pozwalają wyrastać podszyciu więc chodzi się po dywanie z zeschłych liści. A nad głowami nieosiągalne korony, wysoko, wysoko walczące o promienie słońca... Las zawsze kojarzył mi się z gotycką katedrą... Wysokie, smukłe, strzeliste filary; krzyżujące się żebra sklepienia, witraże z liści i tych najcieńszych gałązek... Kiedy już zbliżałam się do strumienia czułam się jakbym zbliżała się do domu. Tak jakoś lżej i bezpieczniej. Potrafiłam godzinami siedzieć nad nim, patrzeć się w malutkie wodospady tworzące się na oślizgłych gałęziach zatopionych w wodzie albo w trawę rosnącą na dnie, która mimo mojej znajomości roślin nie wiem czym była i  którą nurt czesał i targał wiecznie w tym samym kierunku. Gdy już się napatrzyłam a mój umysł zostawał wypłukany z tych wszystkich myśli jakim pozwalałam przepływać przez moją głowę w sposób niekontrolowany, szłam dalej, przeskakując na drugą stronę strumienia/strumyka w zależności od intensywności opadów w ostatnich dniach. Szłam chwilę pod niezbyt strome zbocze i zasiadałam na liściach bukowych układając kształty z szyszek pozbieranych w okolicy lub wbijając patyki w ziemię. Czas wtedy nabierał swojego naturalnego, pożądanego tempa. Mogło mnie nie być najwyżej trzy godziny a mi zdawało się, że minęły dni... Tak. Myślę, że tam zyskałam parę tygodni życia, które mogę dodać do życiorysu jako te, które wydarzyły się przed i po moim istnieniu. To był mój inny świat i mimo, że zwierzęta mnie raczej omijały (i ja byłam im wdzięczna za ich powściągliwość w nawiązywaniu przyjaźni) była to jedna z tych krain baśni, która zasługuje na opis w książce niesamowitej: fantastycznej. Ktoś pomyśli "nuda" a dla mnie każda wizyta w moim ulubionym miejscu, oznaczonym przeciągniętą w brzmieniu literą "U", było jak przejście przez szafę do magicznego świata...

Przyznam, że mnie poniosło moje rozmarzanie się =) ale dzięki temu znów tam byłam!

A dziś prezentuję Panią Dalię z piękną głową... w torbie na zakupy... Nie sfotografowałam tego gadżetu po zasunięciu suwaka: można ją sprytnie zwinąć do środka pokrowca, którą jest kieszonka z suwakiem. A Pani Dalia pozostaje na zewnątrz dumna i blada z tymi wszystkimi swoimi wymalowanymi falbankami.
Znalazłam swój złoty środek. Połączenie trzech rzeczy, które uwielbiam, bez których było by mi smutno. Wahałam się przez pewien czas co ma dla mnie większą wartość: malowanie, rękodzieło czy zamiłowanie przyrody głównie flory. I oto powstała fuzia moich trzech pasji: malowanie flory na własnoręcznie uszytych rzeczach... na moim ulubionym lnie (w sumie obrazy też maluje się na lnie: lnianym płótnie rozciągniętym na krośnie/drewnianej ramie także niewiele się zmieniło prócz formy podobrazia ;P )




Pozdrawiam Was wszystkie i wszystkich gorąco i tak myślę... netu nie mam: jedynie parodię netu w telefonie ale lato się skończyło a może ktoś już za nim tęskni i mu smutno a moje maki z candy mogły by rozweselać tego kogoś ilekroć by na nie spojrzał? Myślę, że losowanie już niebawem! Pa!

8 września 2012

Zakładka

Szydełkowa zakładka z włóczki bawełnianej z wiskozową nitką. Zrobiłam ją dość dawno ale nie sfotografowałam nim dostała ją, oczywiście, mama.



A ja dziś czuję się lepiej. Wczoraj na wieczór smażyłam się i dusiłam w sosie własnym. Dobrze, że słonko wyjrzało zza chmur bo miałam wrażenie, że mnie moja ulubiona jesień minęła. No... to do zobaczenia za jakiś czas!

7 września 2012

Mama, tata mam dwa lata!

Dziś o godzinie 12:30 nasza Estera skończyła dwa lata :) A dwulatki wyglądają mniej więcej tak: acz zdjęcie dalej niż wczorajsze. (a kapelusik szydełkowany osobiście jeszcze tej wiosny.)


A to fartuch. Teraz już mamy. I malowany ręcznie koperek. Właściwie koprzysko. Foeniculum. Fenkuł. Jak kto woli. Właściwie gdybym sobie nie wymyśliła akurat motywu kopru w życiu bym nie zgadła czym jest fenkuł.


A u mnie kiepsko. Zwłaszcza ze zdrowiem... nie pamiętam żebym kiedykolwiek chorowała we wrześniu acz moja odporność ostatnimi czasy jest co najmniej śmieszna więc co się dziwić... Jeszcze rano czułam się dobrze. Spakowałam dzieciaki i przyjechaliśmy do babci. Babci dzieciaków. A teraz wszystko mnie szczyka i inne przydatki przeziębienia... 
A plany wrześniowe malują się raczej czarno. Czarny wrzesień... jakoś od zawsze te wrześnie bywały ciężkie ale teraz to już przegięcie więc warunek rozwiązania candy, czyli internet, nie będzie spełniony przez następne kilkanaście- dziesiąt dni...

Ale za to bardzo radośnie witam nowe obserwatorki. Jestem zaskoczona liczbą jaka widnieje w nagłówku "obserwujący". Dziękuję za zainteresowanie. To mnie uskrzydla })i({   :))))

Oj... lecę, właściwie idę, a tak na prawdę czołgam się... po jakieś coś na przeziębienie...bo mam w planach robienie dziś pizzy i nie skromnie dodam, że jestem mistrzem w tym domu w robieniu pizzy B) 
Pozdrawiam! (o ile to przystoi choremu ;)

3 sierpnia 2012

Pirat

Estera ma Pipi więc Antoś jako, że chciał chłopca to ma wersję pi..pi....piracką :)
Witam nowe obserwatorczynie ;)





13 lipca 2012

Mysz, lew i stara chata


Dziś przedstawię Wam kilka zaległości, które zrobiłam już dość dawno. Bynajmniej nie będzie chronologicznie lecz alfabetycznie ;-)

Na pierwszy ogień Lala. Lady Lala. O zgrozo przypomina moją nauczycielkę matematyki... sympatyczną nauczycielkę dodam :) Ile ma wzrostu? Nie wiem. Jakoś nie przyszło mi do głowy żeby ją pomierzyć. Lalę oczywiście ;) Ogólnie rzecz biorąc kombinuję. 



Lew. Oj, już dawno nie szyłam tych swoich zwierzów. Chyba bym powiedziała, że są takie "moje", "w moim stylu". Ale i one ewoluują.


 Wyjaśnię: mysz. Gdyby ktoś miał wątpliwości.


Pipi. To moja pierwsza aplikacja jaką zrobiłam na poszewce na jaśka. Wcześniej Esterka spała na podusi w poszewce, na której spałam jeszcze ja... uznałam, że jest już za stara i zbyt sprana i bezbarwna. Aplikacje są fajne.


Rękaw na torebki foliowe. Kolorowy i elegancki. Wisi sobie na klamce a dzieciaki traktuję go jako worek treningowy.



A teraz o wyjeździe do domu babci- mojego domu. Jutro znów tam wracamy. Tym razem dołączą do nas moi obydwaj bracia. Pracy jest... ufffff. Ogrom. W zeszłym tygodniu zaplanowałam sobie ostre sprzątanie domu skończyło się na czytaniu książki i odganianiu końskich much (no... zerwałam trochę darni z chodnika). Tego domu nikt nie sprzątał od lat. Pająków, pajęczyn, zdechłych robali tam jest tyle, że bałam się tam czegokolwiek dotknąć... Jeśli wejdzie tam ktoś jeszcze ze mną będę mogła przynajmniej mieć wsparcie psychiczne... W dodatku w kuchni jest wielka dziura w podłodze bo dechy spróchniały. Poza tym trzeba było wyłożyć pieniądze na wjazd na podwórko jako, że gmina planuje remont drogi i pogłębianie rowów melioracyjnych, co pochłonęło pieniądze na nasz wakacyjny wyjazd... żegnaj morze. A wjazd będzie w tym roku zrobiony: może. Bo miał być już zeszłej jesieni. Jutro trzeba zebrać trawę i skosić resztę podwórka. Fajnie by było, żeby udało się zerwać darnie z reszty chodnika i oczywiście ogarnąć dom. Będzie nas czwórka do pracy więc myślę, że coś tam popchniemy... może nawet pewnego razu tam zanocujemy... a w końcu zamieszkamy. 

6 lipca 2012

O tym co było, jest i będzie


Ostatnio nie wiele byłam w stanie napisać o tym co się u mnie dzieje bo nie działo się nic prócz normalnej prozy życia. Minął kolejny miesiąc znów jak z bicza strzelił ale tym razem łagodne wiatry losu przywiały dość zmienną pogodę. Ogólnie nazwałabym ją ładną. 

Zacznę może od moich planów jakie spisałam w liście na piczątku wiosny. Część rzecz jasna jest spełnionych a część dalej czeka na realizację. Niektóre zaś muszą poczekać dość długo...

Moje marzenia o studiach legły w gruzach. Była to jednak oczekiwana katastrofa. Nie smuciłam się zbyt długo bo wiadomo jak to jest z dostawaniem się na ASP w Warszawie... Mimo to jestem dość mocno zniechęcona i wątpię bym popełniła ten błąd poraz kolejny by próbować sięgnąć po nieosiągalne... Może jestem za słaba a może po prostu inni są lepsi?

Co do marudzenia... Wygląda na to, że Maruda to moje drugie imię i mimo, że staram się jak mogę nawet stwierdzanie faktu w moich ustach jest marudzeniem. Ale jak tu nie marudzić, kiedy patrząc realnie, życiowy optymizm wygląda na czarny humor? 

Ćwiczenia: w prawdzie nie spełniłam planu napisanego drobnymi literkami (jestem pewna, że część osób, która niedoczytała mojej listy prędko zajży tam ponownie ;P ) nie mniej jednak ćwiczę. Pojawiły mi się nawet mięśnie, których obecność była dla mnie zaskoczeniem. Jeżdżę rowerem, trzaskam brzuszki i pompki, macham rękami w dość kontrolowany sposób, kręcę hula-hop, które narobiło mi siniaków (ale to jest takie wciągające!) i zamiaruję skakać na skakance (oczywiśćie nie w takie upały). 

Co to jeszcze było? A! Dokończyć to co nie skończone... no w sumie ten punkt wyszedł mi najgorzej, pomijając katastrofę edukacyjną, ale pisząc go myślałam głównie o szydełkowych pracach, na które nie miałam ochoty dotykać w związku z zaistniałą aurą...

Przeczytać książkę: przeczytałam i kończę obecnie  następnej (wczoraj siedziałam do pierwszej bo nie mogłam się oderwać) oczywiście w mojej ulubionej tematyce fantasy. Kolejna część przygód królewny, właściwie już królowej Inosolan i jej przyjaciela Rapa. Pisałam kiedyś o tej książce/książkach przy okazji szydełkowej zakładki. 
Uff... ale się rozpisałam! Jak nigdy.

Od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że dopisuje mi szczęście ( i może nawet moje "niedostaniesię" było korzystniejsze?) Być może nawet urodziłam się w czepku (muszę zapytać mamy...) ale widocznie mi pewnego dnia uleciał bądź też musiałam uznać, że jest niemodny a z modą wiadomo jak jest- zawsze wraca. Tylko czekać kiedy będzie się chodziło w krynolinach ;)

Teraz więc nastąpi punkt, w którym będę się chwalić. A właściwie nie chwalić lecz dzielić radością.
Otóż stałam się szczęśliwą posiadaczką maszyny do szycia marki Łucznik! W dodatku jest to prezent jaki dostałam od dobrych ludzi!

DZIĘKUJĘ!!!

Dlatego teraz szyję na potęgę: testuję nowe ściegi, szyję rzeczy jakich dotąd nie szyłam a przy tym jestem tak spokojna. A ile jeszcze przede mną? Tysiące kilometrów nitek :)

Zgłaszam nieprzygotowanie! Niestety dziś będzie niestety bezzdjęciowo. Ale za To w niedzielę obiecuję co nieco wlepić. A jutro jadę do domu mojej babci- mojego domu. Biorę aparat  i nie zawaham się go użyć!

Poza tym pojawiła mi się perspektywa wspaniałej pracy dla tego trzymajcie kciuki w szczególności za mnie by mi się udało to co powinno ;) Ale narazie ciii....

Przyszło lato. Należało by opracować jakiś plan działań. Nie mam jeszcze pomysłów. Powiedzmy, że na początek zaplanowałam planowanie planów ;) Tymczasem mówię wam "do zobaczenia" i miejmy nadzieję niebawem. Houk!

2 czerwca 2012

Ze skarbnicy babci

Dziś zaprezentuję Wam rzecz już prawie historyczną. Oto serwetka haftowana przez moją ś.p. babcię Reginę. Renię. Przypuszczam, że babcia nie spodziewała się własnej prezentacji prac a tym bardziej w internecie ;) (cóż to u licha?) Mam tych skarbów więcej ale tym razem tylko tyle. Z ową skarbnicą wiąże się pewna, moja słodka tajemnica (i nie chodzi mi tu o "obwyźniego" ktoś wie co mam na myśli?) i nie mogę się już doczekać kiedy będę miała możliwość uchylić jej rąbka. A jeśli chodzi o serwetkę:  pamiętam ją od zawsze.  



Dawno temu jeszcze w podstawówce miałam do napisania wypracowanie o swoim marzeniu. Oczywiście pisałam o szkole, przyjaźni, miłości, rodzinie ale najważniejszym kulminacyjnym momentem tego wypracowania było marzenie by być "fajną babcią". Oczywiście widziałam siebie tak jak widziałam moją babcię. Zawsze mieliśmy chrupki kukurydziane i czekoladę. Zabawa nie kończyła się nigdy i nic nas nie ograniczało mimo, że wakacje u babci równały się z pracą w polu. Nie mniej jednak było to niezwykle przyjemne. Szczególnie kiedy mogliśmy jechać trzy metry nad ziemią na furze siana. Albo dumnie prowadzić krowę z pastwiska. Łażenie po drzewach, jabłka od ciotki Natalki (z jabłonki, która już nie istnieje) najlepsze jakie kiedykolwiek jadłam, bitwy na miecze (zawsze przegrywałam) i Robin z Sherwood (mój ulubiony serial)! Oj rozmarzyć się można aż się łezka kręci w oku...

A czerwiec... w prawdzie jakoś niezbyt czerwcowo dziś ale czerwiec kojarzy mi się z domem mojej babci, kompotem w szklance z paskiem, brzękiem muchy w gęstym od upału powietrzu o zapachu traw...

Pozdrawiam :) i życzę wielu rozmarzeń 


31 maja 2012

O pewnej fotografii

Tak, tak. Ten mały pulchniaczek to ja. Ale nie o mnie tu teraz będzie. Ten piękny "na ten czas onegdaj" kawaler, pięciolatek, jak można wywnioskować po liczbie świeczek na torciku, to mój brat. Starszy rzecz jasna. Jako, że aktualnie przebywam u rodziców w związku z tą fotografią uświadomiłam sobie jedną rzecz. To zdjęcie obchodzi dziś swoją 25 rocznicę. Jaki morał z tego mamy? Tak. Ów kawaler ongisiejszy ma dziś 30 urodziny. Wszystkiego najlepszego bracie! Mam nadzieję, że ten post zrekompensuje to, że do Ciebie nie zadzwoniłam. Nie mniej jednak mam Cię w pamięci :)


ps: przyjrzyjcie się tym oczom pełnym fascynacji ;P



Niezapominajka

Hej, hej! Jakoś to tak ostatnio się dzieje, że za każdym razem kiedy jestem przy necie jestem u swoich rodziców. Także możecie monitorować moje wizyty ;) 

Ostatni nasz czas spłynął nam pod znakiem chorób... Najpierw Teja miała zapalenie ucha... a potem Antek złapał rotawirusa... to drugie o mało co nie skończyło się szpitalem, na szczęście Antoś jest dzielny i silny... ale namęczył się chłopak. Dziś już po chorobach na szczęście nie ma śladu.

Poza tym obiecane egzaminy wstępne na studia.  Nie powiem jeszcze jakie. To później. Wyniki 06.06. a później kolejny etap... trzymajcie kciuki!

W ramach przypomnienia kilka rzeczy jakie zrobiłam. Niestety tylko część z moich ostatnich poczynań bo nie wszystko sfotografowałam... 

Bransoletka z kokardą i niezapominajką ;)




Paradygmatyczna kura




Pasek po mamie: wersja podniszczona i odnowiona. W sumie sama nie wiem, która mi się bardziej podobała. Ale kiedyś farba znów się wytrze a pasek może trafi wtedy do Tejki?



Pozdrawiam! Houk...

A to może jeszcze na rozweselenie ;)


3 maja 2012

Króliki

Dzień dobry, cześć i czołem! Jestem, jestem. Jeszcze żyję. Żyję i mam się dobrze. Właściwie gdyby ktoś zapytał "co nowego" musiałabym się głęboko zastanowić. Praktycznie nic się nie zmieniło prócz dat w kalendarzu acz nie narzekam na brak wydarzeń(chrzciny,wesele, majówka...)
Tak, jestem już mamą chrzestną. Obiecane ubranko dla Stasia wyszło wspaniale acz niestety nie mam jeszcze żadnych zdjęć aby się pochwalić ale przy najbliższej sposobności zrobię to! Wciąż cieszę się pożyczoną maszyną i wprawiam się w szyciu.  Dzieciaki trzymają mnie na najwyższych obrotach więc kiedy tylko mam chwilę i siłę szyję. Na przykład króliki ;) i inne ale nie fotografuje na bieżąco więc chwilowo tyle z oglądania. 
Króliki należą obecnie do moich dzieci. Musiałam koniecznie zrobić chłopczyka i dziewczynkę bo takie było życzenie Antosia ;)





Mam kilka pomysłów i planów ale jak zwykle nic nie powiem...  Tymczasem tyle. 

ps: myślę o candy ;)

Pozdrawiam !

6 kwietnia 2012

Spodenki

Jakiś czas temu Tuome wywróżyła mi, że na wiosnę będę mieć maszynę. I sprawdziło się tyle, że nie do końca. Dlatego proszę o ponowną wróżbę a ja sprecyzuję pytanie: kiedy będę mieć własną maszynę do szycia a nie pożyczoną ;P Pożyczono mi maszynę w celu uszycia branka dla bratanka. Dla chrześniaka na chrzest. Ponieważ nigdy nie szyłam ubrań mszę nabyć tę umiejętnośc a cóż nie czyni mistrza jak nie trening? W ramach treningu uszyłam portaski dla (rymowałoby się laski ;P) dla Tejki. A że nie miałam gumy a na rozporki jeszcze nie czas wszyłam w spodenki golf także spodenki z golfem co by po nerkach nie wiało a potrzeba matką wynalazku ;) dobra rzecz do nauki siusiania bo mogę wreszcie ubrać dziecko w koszlkę a nie body, których jedynym atutem jest to, że się nie wyciągają ze spodni. Wy też znacie takie określenie jak komuś koszula wyjdzie ze spodni, że komuś gazeta wyszła? Uszyłam coś jeszcze ale jeszcze nie sfotografowałam :] także...





Korzystając ze sposobności, że jestem w internecie chciałam złożyć wszystkim wielkanocne życzenia abyście odnaleźli prawdziwy powód do świętowania a nie były to tylko dni spędzone z bliskimi na diecie wysokobiałkowej...

Gorąco pozdrawiam i niech Moc będzie w Wami ;)

22 marca 2012

Out of fuel


Tak jak zapowiadałam: z nadejściem wiosny śkończy się mój dostęp do internetu. Ograniczenie blogowania może być równoznaczne ze zmniejszoną intensywnością mojego robótkowania. W tym szaleństwie jest jednak metoda bo podwójną kreską podkreśliłam mój priorytet na teraz i na najbliższe kilka lat. Nie zdradzę w tej kwestii nic więcej bo nie chcę zapeszać. Muszę się przygotować do egzaminu a to wymagać będzie ode mnie poświęcenia sporej ilośći czasu, czasu, którego niemało spędzałam w internecie... 
Na koniec chciałam podziękować za wzmożone ostatnimi czasy zainteresowanie moim blogiem. Szczególnie chciałam podziękować Tuome, incognito, Klaudynie i Czarownicy, które przez swoje liczne komentarze stały się mi wyjątkowo bliskie jak na tą dalekodystansową formę kontaktów międzyludzkich... 
Nie żegnam się z Wami albowiem ja tu jeszcze wrócę!
Do napisania,
przeczytania,
obejrzenia,
spotkania!

Pozdrawiam 
om