6 grudnia 2016

Mam tę moc

To uczucie gdy wkładasz dziecku prezent pod poduszkę... ♡

-Zostawię prezenty w bagażniku a gdy zasną przyniosę.
-Nie. Lepiej przynieś na górę i zostaw przed drzwiami!

Kto odbył wczoraj taką rozmowę ze współmałżonkiem, rodzicem, mamą, tatą dziecka- ręka w górę! Myślę o tym zdaniu i przypomina mi się wczorajsza wspinaczka wieczorową porą schodami gdzie mijając kolejne piętra zamieszkałe przez dzieci,  przed drzwiami stały torby prezentów. Uśmiech zakwita bezwiednie.
I choćby był to najgorszy rok zachowania dzieci nie da się odmówić przyjemności obdarowywania. I nawet to najmniejsze niespełna trzymiesięczne dostało pod poduszkę coś o czym nie ma pojęcia i pamiętać na pewno nie będzie. Starszemu rodzeństwu zleciłam odnalezienie tego prezentu dla podtrzymania wiary w istnienie Świętego i nie żal mi poświęconego splendoru na rzecz Mikołaja. Dzieci kochają go nie mniej niż rodziców i to nie prawda, że Santa zgarnia wszystko mimo naszych starań. Może gdzieś z góry obserwuje radość dzieci o poranku ale największą, prawdziwą, czystą i nadprzyrodzoną radość mają rodzice widząc swoje pociechy z entuzjazmem rozdzierające papier gdy z okrzykiem "Och!" oznajmiają światu i sąsiadom co skrywa opakowanie.

Jestem Mikołajem. A jaka jest Twoja supermoc?

26 listopada 2016

Uszy do góry

Łucja to fajne dziecko obdarzone wyjątkową emisją głosu. Nie przepada za leżeniem na brzuchu, opracowała więc metodę niwelowania swojego położenia sprytnym sposobem przekręcając się na plecy. Przechyla się na bok, podnosi nóżkę i rozbujaną głową osiąga swój cel przy jednoczesnym prostowaniu rączki. 
Uszyłam Łucji opaskę na uszka... z uszkami. Za słodko! Uszytek jest raczej wynikiem mojej  fanaberii niż potrzebą fizyczną. Nie wiem czy jeszcze je kiedyś (te uszy) dziewczynka przymierzy. Akcja w stylu ZZZ znana ze szkoły w tym wypadku Zszyć-Założyć-Zapomnieć. Jest dokumentacja fotograficzna: mnie to wystarczy.


Ps: Jeszcze przyjdzie pora, że napiszę nieco więcej ale jeszcze trzeba poczekać. Długo poczekać...

22 listopada 2016

Męska do pozazdroszczenia

Choć dzisiejszym tematem jest t-shirt z golfem czy też kominem (zwał jak zwał) USZYTY DLA MOJEGO MĘŻA, post ten jest postem z dedykacją dla Marudy ze specjalnymi życzeniami by nie marudził ;)  Bez ogródek.
Pozdrawiam zatem!





Co teraz powiesz Marudo? :>

11 listopada 2016

Ciastka św. Hildegardy

Jeżeli miałabym wymienić swoje kulinarne marzenia jednym z nich były by ciastka św. Hildegardy. Spełniłam marzenie. Już kilka lat nosiłam się  zamiarem upieczenia ich, nigdy jednak nie pamiętałam by wpisać na listę zakupów mąki orkiszowej. Do zrobienia ciastek zmobilizowało mnie permanentne przeziębienie panoszące się w domu oraz piekarnia koło szkoły. Sprzedają tam ostatnio wiele wyrobów na bazie mąki orkiszowej. Jak stwierdziłam: orkisz wraca do łask. Jeżeli prawdą jest to co się wypisuje o tym zbożu wielką pomyłką ludzkości było zrezygnowanie z niej na rzecz dającej się modyfikować pszenicy. Oczywiście za nic w świecie nie zrezygnuję z chrupiących bułeczek pszennych albo naleśników i tych wszystkich genialnych wypieków z tejże mąki. 
Ciastka wychodzą pyszne. Zupełnie inne niż znane kruche ciasteczka. Nieco zbliżone do pierników lecz mąka orkiszowa powoduje jednak wrażenie "chlebkowości". Nie zmieliłam migdałów bo nienawidzę marcepana i dałam więcej cukru trzcinowego i masła niż w przepisie, z którego robiłam ciastka. Następnym razem planuje użyć miodu zamiast cukru i wtedy zapewne użyję mniej masła.
Moja wersja wyglądła tak: 
Pieczemy 15-20 minut w 180*



ps: Spokojnie. Nie odurzają mimo sporej zawartości gałki muszkatołowej. Można wcinać ;)

3 listopada 2016

Skrzydła

Do pisania brakuje mi najbardziej spokojnej głowy. Nie jest problemem dla mnie wyłuskać chwilkę czasu na przyjemności. Wciąż coś nowego powstaje i przychodzą i na myśl nowe pomysły. (Najwięcej dłubię gdy Łucja zasypia. Pilnuję wtedy tego procesu siedząc niedaleko łóżeczka z czymś w rękach: z różnymi rzeczami, wierzcie, bardzo różnymi.) Do pisania brakuje mi tylko spokojnej głowy. A! I słońca by móc te rzeczy sfotografować. Niektóre czekają już kolejny tydzień na swoją chwilę chwały przed obiektywem. Dzisiaj prezentowane rękodzieło obfotografowałam gdy akurat nad moim domem przelatywała dziurawa chmura. Cóż. Listopad. 
Listopad... Czy jeżeli jest już po Wszystkich Świętych mam się spodziewać wysypu mikołajów w sklepach i telewizji? Czy nikt już nie ma litości? 
Coś miałam pisać... Nie dam rady... Mój umysł wpadł w tryb "pinball".
Niniejszym bez ogródek przedstawiam bluzkę z ręcznie malowanymi przeze mnie steampunkowymi, mechanicznymi skrzydłami na specjalne zamówienie dobrej znajomej. Dobrej bo miała tyle cierpliwości czekając aż łaskawie skończę to co obiecałam i jeszcze łaskawiej wyślę i nic mi nie narzekała, że długo i beznadzieja, że właściwie powinna być wzięta żywcem do nieba ;) 




Słońca życzę!

16 października 2016

PIMP MY CRIB. 1. Szydełkowe rozetki

 Pomysł o takim wykończeniu łóżeczka narodził się parę dni po powrocie ze szpitala. Wpadłam na niego pewnego ranka gdy gramoliłam się z łóżka. Fajnie by wyglądało gdyby tu była taka rozeta- pomyślałam. Później zakupiłam odpowiedni materiał i zaczęłam pracę. Kilka prób i kombinacji i oto jest! Szydełkowe rozety znajdują się w miejscu wyjmowalnych szczebelków. Ze względów na specyficzną fizjografię mieszkania, w którym obecnie mieszkamy zrezygnowałam z możliwości otwierania tego przejścia. Osobiście nie widziałam nigdy takiego motywu z łóżeczkiem jestem więc tym bardziej dumna ze swojego pomysłu.
Co myślicie?







A w domu kolejna faza batalii z wirusami. Tym razem wirusy górą. Rozłożyło Antka. 

13 października 2016

Miesiąc


- Od urodzenia Łucji minęło półtorej tygodnia- powiedziałabym gdybym nie pilnowała upływającego czasu. Czasu pilnuję skrupulatnie odliczając tygodnie a teraz już miesiące. Minął pierwszy miesiąc i nie od parady Łucja rymuje się z rewolucja. Teoretycznie niewiele się zmieniło. Świat odwraca się o 180 stopni w momencie pojawienia się na świecie pierwszego dziecka. Potem wskazówka tylko zadrży i wróci na swój biegun. Pierwsze dziecko zmienia stan rodziny o nieskończoną liczbę gdzie jedno dziecko równa się 100%. Przybycie kolejnej pociechy to +50%  kolejnej +33,333... Dzieci nawet w liczbie mnogiej to wciąż jednak pełna całość. W skali rodziny  nowy członek to 20%   stuprocentowego człowieka. 
Mój mały człowiek rośnie szybko. Ma już swoje zdanie na temat leżenia na brzuchu,  noszenia na rękach i wyciągania z kąpieli. Zgłębia tajniki smaku ręki prawej i lewej przy jednoczesnej kontemplacji otaczającej przestrzeni. Jest cierpliwy przy przebieraniu i nie cierpi opóźniającej się trzeciej kolacji. 
Niestety obok rozanielonej radości nastały też nowe niepokoje. Niepokojący jest okres jesiennych gryp i przeziębień. Ostatni czas był pasmem niekończącego się podawania syropów i innych lekarstw wzmacniających odporność dzieci starszych. W Niedziele wieczorem postanowiliśmy poddać  bezwzględnej kwarantannie rozprzestrzeniającą się w nosach dzieci wirusową zawieruchę i nie jest przesadne sformułowanie "gile jak dzwony". Cztery dni spędziłam z Łucją u babci. Oprócz wirusów kwarantannie zostało także poddane sprzątanie, gotowanie i prasowanie. Dobrze jest czasem odpocząć ale dobrze jest też wrócić do domu. Nareszcie
Nowe dziecko to nowe obowiązki. Staram się jednak znajdować czas na to co lubię robić w wolnych momentach. Czas na takie przyjemności mocno się skurczył i powstawanie nowych rękodzieł spowolniło, jednak ciągle przybywa oczek, ściegów i pomysłów. Ale powoli. Spokojnie. Dopiero doszłam do siebie po ciętym porodzie. Czuję się dobrze. Niedospana ale zadowolona. 
Dziś minął miesiąc od pojawienia się wśród nas Łucji. Razem testujemy uszytki jakie przygotowałam jeszcze będąc w ciąży. Śpiworek spisuje się na medal. Przyćmiewa wszystkie kocyki, rożki i kołderki jakie używałam. Jest niezastąpiony.
Mam nadzieję, że następny post napiszę szybciej niż za miesiąc.
Do napisania!

20 września 2016

Łucja

Łucja urodziła się 13 września. Dziś, w południe, minął jej pierwszy tydzień życia. Pierwsze uśmiechy, spojrzenia, ziewnięcia. Pierwsza jazda samochodem, pierwsze spotkanie z rodzeństwem. Tylko pierwszych łez jeszcze nie znamy. 

 
Wszystko nowe. Nowa sytuacja. Mam jednak wrażenie, że tak było zawsze.

5 września 2016

Lala

Uszyłam lalkę. Dla kogoś małego. Dla takiej małej dziewczynki, która ledwo skończyła roczek. Jeśli los będzie łaskawy dla lali i jej właścicielki może to być niesamowita pamiątka z dzieciństwa. Podobną lalkę chciałam już uszyć dawno temu dla mojej córki. Ona jednak zafascynowana żółwiami ninja i wszystkimi ulubionymi zajęciami starszego brata, z którym wspólnie rozbudzają swoje pasje (piłka nożna, zapasy, wojsko) nie chciała słuchać o żadnej lalce ani o niczym co jest dziewczęce. Szczęśliwym trafem lubiła sukienki i spódniczki ale broń Boże różowe, z kokardkami czy falbankami. Bluzeczki i koszulki absolutnie bez nadrukowanych słodkich dziewczynek lub wyżej wymienionych ozdóbek. Światopogląd Estery lub raczej lalkopogląd odmienił się w trakcie powstawania rudowłosej, szmacianej panienki. Estera już na widok samego poskładanego do całości ciała zapałała sympatią i zdecydowanie oznajmiła (wielokrotnie), że też taką chce. 
Szmacianka (prawie jak szlachcianka) mierzy około 55 centymetrów. Pracowałam nad nią dość długo bo chyba trzy tygodnie (oczywiście z przerwami na odsapnięcie i zmianę klimatu) Najwięcej czasu zajęło mi zrobienie włosów. Niestety nie znalazłam odpowiednich, gotowych włosów w polskiej sieci więc postawiłam na bawełnę jednak, jeśli ktoś ma jakieś doświadczenie w tej dziedzinie z chęcią posłucham rad jak również odwiedzę polecane sklepy.

 
 


Szykuję się (strasznie nie lubię się powtarzać choć wiem, że drugiej takiej samej na pewno nigdy więcej ni zrobię) szycie kolejnej szmatczanki. Tymczasem pomału zbliżam się do końca ciąży a jeszcze kilka rzeczy czeka na skończenie. Jeszcze ciuteńkę ponad tydzień. Walizka praktycznie spakowana. Dziś uświadomiłam sobie, że jej zawartość jest ściśle nastawiona na poród, połóg i macierzyństwo. Zabrakło miejsca na moją kosmetyczkę... muszę zminimalizować liczbę śpioszków...

30 sierpnia 2016

Anioł

Oto Anioł. Właściwie pierwszy w życiu, którego malowałam. Ten temat zawsze wydał mi się trudny. Bo trudno w dzisiejszym świecie nie zrobić z anioła tandetnego, odpustowego badziewia. Plastikowego kiczu wołającego o pomstę do nieba. Wszędzie widzi się anielskie skrzydła: wytatuowane na plecach wyuzdanych "modelek", na koszulkach, w kreskówkach, grach komputerowych, zmalowane na murach. Nawet telefony komórkowe pakowane są w etui ze skrzydłami. Łatwo jest splugawić tak piękną postać. Dobro zawsze jest łatwiej obrażać. Bo nie da się splugawić plugawego. Na szczęście prawdziwi aniołowie obronią się sami bo światło nawet zasłonięte nadal oświetla tę drugą stronę. 
Do tego anioła podeszłam entuzjastycznie. Jeszcze tego samego dnia, którego moja dobra przyjaciółka zapytała czy nie namalowałabym KIEDYŚ anioła, pojechałam po płótno. Wyszukałam ładną twarz w internecie, która wydała mi się anielska, rozrysowałam skrzydła i... i utknęłam w martwym punkcie. Kilkakrotnie zamalowywałam to co zrobiłam i zaczynałam od nowa. Żadna twarz nie wydała mi się odpowiednia. To było dosłownie tak, jakby ktoś w momencie gdy nie patrzyłam, zmieniał to co namalowałam. Z bratem, który widział fragment moich zmagań uznaliśmy, że to sam anioł stał za moimi plecami i gdy próbowałam coś poprawić  mówił "nie, nie, nie to wszystko nie tak!" i popychał mój łokieć tak, by nie dało chlapnąć farbą w odpowiedni sposób. Na koniec kręcił ze zniesmacznionym grymasem głową. Szczerze nie byłam zadowolona póki po obraz nie przyjechała koleżanka. Jaka to jest siła sugestii, że euforia uznania dla mojej pracy zmieniła podejście. 
Skrzydła podobały mi się od początku. Ale nie jestem ich autorem. Skrzydła to odrębna historia. Nigdy nie malowałam farbami większego formatu niż 18x24.  Póki malowałam twarz tego anioła, która spokojnie zmieściłaby się w wyżej wymienionym formacie dawałam radę. Skrzydła namalowała moja druga połówka. Okazało się, że ja nie jestem nawet w stanie wycisnąć  odpowiedniej ilości farby by starczyło na zamaszyste pociągnięcie pędzla. Skrzydła namalował mój mąż. 


Cieszę się, że obraz się spodobał bardziej niż mnie. Dużo bardziej. Cieszę się, że mogłam spotkać się z tak bliską osobą mimo pięciu lat bardzo sporadycznego kontaktu. Taka jest siła przyjaźni. Z prawdziwym przyjacielem nawet po latach rozmawia się tak jakby się nie widziało raptem kilka tygodni. Podobno większość przyjaźni nie umiera tylko więdnie. Ta nasza jest niczym kaktus: broni się sama i wytrzymuje największą suszę.